16.7.09

Nazistowskie pamiątki w polskim sklepie internetowym

Niemcy założyli sobie sklepik z nazistowskimi pamiątkami na polskim portalu. O portalu catalogue.lap.pl napisał jakiś czas temu jako pierwszy Marcin Rybak z Polski Gazety Wrocławskiej.
Od tego czasu czekałem na rozwój wydarzeń. Czy ktoś będzie interweniował i sklepik zniknie z sieci. Można w nim kupić na przykład sztandary ze swastykami, złoty posążek Adolfa Hitlera (na zdjęciu), a także medale, odznaczenia, mundury, noże itd. Wiadomo, że klientami sklepiku są Niemcy bo w ich kraju sprzedaż nazipamiątek (ale i ich posiadanie) jest zabronione. A w Polsce nie. Niedawno prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie produkcji tego typu pamiątek we Wrocławiu (czytaj tutaj). Ale podczas śledztwa ABW wpadła na trop sklepiku. To właśnie od wrocławskiego producenta pochodziła część wystawianych tam towarów. Sprawą natychmiast zainteresowały się niemieckie organa ścigania. Ale efektów ich pracy jeszcze nie widać.

Tymczasem Sejm pracuje nad wprowadzaniem zakazu produkcji i sprzedaży w Polsce tego typu materiałów. Projekt przygotowała była wiceminister sprawiedliwości Beata Kempa. Ciekawe jak na to zareagują miłośnicy militarów, zbieracze pamiątek i historycy.

Etykiety: , , , , , , ,

14.7.09

Hurt na celowniku złodziei!

Niezbyt szczęśliwie rozpoczął się lipiec dla wrocławskiego zespołu Hurt. Złodzieje włamali się do biura kapeli i ukradli busa, którym band jeździł na koncerty.

W sobotę okradziono biuro Hurtu przy ulicy Odkrywców we Wrocławiu. Ich łupem padły m.in. kluczyki do zaparkowanego w pobliżu busa i sam samochód. Tak opisują go właściciele:
"Jest to biały Renault Master, trzy panelowy- długi, DW 458ER, 9 osobowy z zaciemnionymi szybami bocznymi (dwa pierwsze panele) i blaszaną przestrzenią ładunkową, z charakterystycznym wgnieceniem nad prawym nadkolem oraz na lewych, tylnych drzwiach".

Muzycy dodają, że "w busie znajdowało się trochę wartościowych gadżetów, ale przede wszystkim sporo sentymentalnych pamiątek po zagranych koncertach i niepowtarzalna atmosfera jaką wytworzył tam zespół przez ostatnie dwa lata".

Samochód możecie zobaczyć także na youtubie. Ewentualne informacje na temat samochodu możecie zgłaszać na numer telefonu 601 47 00 10

Etykiety: ,

12.7.09

Bloguje i zbiera na walkę z rakiem!

To naprawdę poruszająca inicjatywa. Paulina Pruska walczy z rakiem i zbiera pieniądze na operację w Bostonie. O swoich przejściach 23 letnia studentka architektury opowiada na blogu. Do tej pory zebrała prawie 130 tysięcy dolarów czyli ponad 400 tysięcy złotych. Potrzebuje niemal 250 tysięcy dolarów!

Paulina pisze:
Założyłam tego blogga aby na bieżąco informować Was o przebiegu mojej choroby i leczenia.W swoich postach będę pisać o niuansach medycznej i alternatywnej walki z nowotworem.

Wielu z Was zapewne wie,że największą szansę na powrót do zdrowia daje mi bostońska klinika w Mass General Hospital. Wstępnie udało się nawiązać współpracę z tamtejszymi lekarzami,którzy widzą duże szanse na pozbycie się śmieciucha.
W klinice tej mieli już bowiem do czynienia z kilkudziesięcioma takimi typami nowotworu(Alveolar Soft Part Sarcoma).W Polsce przypadki te można policzyć na palcach jednej ręki...
No ale żeby w bajce tej nie było za pięknie,na drodze stoi pewien problem-kwestia sfinansowania leczenia. Wielu członków rodziny,przyjaciół i znajomych zaraz po postawionej diagnozie deklarowało pomoc.Teraz wiem ja bardzo to wsparcie będzie mi potrzebne.Jeśli i Ty możesz pomóc mi wyzdrowieć-proszę uczyń to.Nawet nie wiesz jak bardzo będę Ci wdzięczna! Ogłaszam więc wszem i wobec
akcję SPRZĄTNIJ ŚMIECIUCHA za otwartą!!!!!!!!


O blogu Pauliny dowiedziałem się z maila od Zbyszka Hołdysa. Postanowił i on założyć bloga i namawiać ludzi by pomagali młodej kobiecie.

"Jeśli w ogóle startuję tego bloga, to z powodu i na cześć pewnej niezwykłej dziewczyny: Pauli Pruskiej. Paula ma swojego bloga, tam też ją znalazłem, naczytany wcześniej na jej temat w felietonach Tymona Tymańskiego i opowieściach Kasi Nosowskiej, którzy pewnego dnia specjalnie dla Pauli zagrali koncert. Wszedłem na jej blożeczka i zamarłem. Młoda, 23-letnia piękna laska, wysoka, tanecznie chodząca i uśmiechnięta wypowiada wojnę śmiertelnemu rakowi, który na nią napadł i chce ją zabić. A Paula mu mówi "Hola, hola, śmieciuchu, wdarłeś sie we mnie nieproszony, to ja ci w takim razie urządzę kęsim!" I od wielu miesięcy Paula walczy z rakiem-zasrakiem niezłomnie, uparcie, z podniesionym czołem, niekiedy komicznie, wymachuje mu szabelką, a lekarze ją czasem nadgryzają skalpelami i ona wtedy zapowiada, że jak go jej wytną w całości chirurdzy z Bostonu, to go podsuszy i zagra nim w zośkę".

Muzyk proponuje czytelnikom swojego bloga deal:
"Ja tu będę stukał różne dyrdymały (czego dotychczas nigdy w życiu nie robiłem, bo nie miałem blożka) o showbiznesie, życiu, politysiach biednych i cwanych, o kłamstwach i ciemnych interesach świata zwanego lekką ręką artystycznym, ale i o szlachetnych do bólu zachowaniach i postaciach pięknych, których jest niemało - a wy co łaska wrzućcie coś do worka Pauli na jej stronie, jakieś 5 złotych, jakieś 8 złotych, albo 13 złotych albo 100 złotych - cokolwiek. Każdy grosz to jakaś jej uzdrowiona komórka. To jakaś sekunda jej życia. To jakieś kolejne poranne przebudzenie".

Zbyszek Hołdys zapowiada też, że ujawni ile waży jeżeli ludzie będą wpłacać pieniądze na konto Pauliny. Naiwne to. Ale każdy sposób przecież się liczy. Oczywiście zaraz włączą się malkontenci którzy powiedzą, że wiele osób potrzebuje pomocy. Pewnie tak. Ale czy Ci malkontenci komuś z tych osób pomogli? Czy tylko skupiają się na narzekaniu? Historia Pauliny pokazuje, że nie trzeba się ze swoim dramatem zamykać w domu, że trzeba walczyć. I da to zapewne więcej niż dziesiątek tysięcy drukowanych ulotek profilaktycznych, które trafiają do śmietnika i niemal nikt ich nie czyta.

Tu numer konta, na które można wpłacać pieniądze:
96 2130 0004 2001 0299 9993 0007
nr konta Fundacji Świętego Mikołaja
ul. Przesmyckiego 40
05-500 Piaseczno

Należy dodać dopisek
"Na leczenie i rehabilitację Pauliny Pruskiej"


p/s Jak Paulina opowiada o swojej walce z rakiem możecie zobaczyć w materiale TVN.

Ps. Ej dziewczyny i chłopaki - okażcie odrobinę gestu finansowego i wpłaćcie - 5W - wpłaciła, więc ruszcie wirtualne portfele i wpiszcie się. Dziękujemy!

Etykiety:

10.7.09

Zatrzymany b. informator Andrzeja Leppera!

Wraca temat Bogdana G. - byłego informatora Andrzeja Leppera. Mężczyzna został zatrzymany w rejonie Wrocławia przez dolnośląskich policjantów. Podawał się za dziennikarza telewizji TVN.

Meldował się w hotelach, nie płacił za usługi, kradł głównie sprzęt RTV. Opróżniał też pokojowe barki. Następnie znikał nie płacąc rachunków. Podawał się za dziennikarza Faktów TVN Jacka Gasińskiego (tu możecie zobaczyć materiał TVN24 na ten temat). Jak pewnie pamiętacie - Bogdan G. miał przekazywać Andrzejowi Lepperowi informacje o korupcji znanych polityków i lądowaniu Talibów w Klewkach (więcej czytaj tutaj). Już raz był zatrzymywany we Wrocławiu (czytaj tutaj).


Etykiety: , , ,

Być jak przyjazne państwo/miasto


Prawie każdego dnia (jak jest w miarę pogoda i nie leje;-) przejeżdżam trasę Kozanów-Rynek (dla nie-Wrocławian wyjaśniam, że Kozanów to takie osiedle w moim mieście, które podczas powodzi w 97. zamieniło się w Wenecję). Najbardziej lubię trasę, która prowadzi przez park, wał przeciwpowodziowy i dalej pod słynnym Mostem Milenijnym (pierwszy zbudowany we Wrocławiu (2004 rok) most od zakończenia II wojny światowej; nie liczę Mostu Pokoju, ponieważ jego konstrukcja została położona na punktach niemieckiej przeprawy). Podobnie - czyli "prawie" codziennie zaglądam na strony komisji Przyjazne Państwo. Ideę państwa i jego stosunku do obywatela najlepiej obserwować w skali mikro. Na przykład podczas załatwiania spraw w ZUS, w rejestracji przychodni służby zdrowia albo... wiele zresztą można wymieniać:-)
Wróćmy do mostu i kwestii przyjazności - państwa, samorządu itp. Nowoczesny "Milenijny" wyposażono w trasę dla pieszych i rowerzystów, windy umożliwiające wjazd osobom niepełnosprawnych oraz schody, które pełnią funkcję "skrótu" kiedy piesi albo cykliści chcą szybko dostać się na znajdujące się na moście przystanki autobusowe (w pobliżu jest hala sportowa Orbita, basen i Cmentarz Osobowicki. Wszystko pięknie, most naprawdę zrewolucjonizował w tym miejscu komunikację, dzięki czemu na plac Kromera mogę dojechać (rowerem) w niecałe 30 minut:-)
Tyle, że windy na moście nie działają (blokująca krata jest już tak zaśniedziała i mam wątpliwość czy kiedykolwiek w ostatnim czasie były używane), a schody nie posiadają odpowiednich podjazdów dla wózków i rowerów. Stąd każdego dnia obserwuję jak kolejni użytkownicy mostu taszczą w jakiś karkołomny sposób spacerówki z dzieciakami, rowery, wypakowane torby (w pobliżu jest mnóstwo ogrodów działkowych). Kto nie ma siły albo boi się, że spadnie z dość stromych schodów musi przeprawiać się przez most trasą o wiele dłuższą, która prowadzi aż do zjazdu na chodnik dla pieszych. Ha, a podobno czas to pieniądz:-) Jednym słowem: coś tu nie gra i pewnie takich "kejsów" to w każdym mieście znajdzie się z kilkadziesiąt (oby).
Na stronie komisji Przyjazne Państwo wita odwiedzających cytat z Alexisa de Tocqueville: największym zagrożeniem dla społeczeństw demokratycznych nie jest tyrania władzy, lecz jej nadopiekuńczość. Pewnie sam Janusz Palikot wybierał :-) Rzeczywiście nadopiekuńczości to u nas niewiele:-). Ciekawe, czy wnioski rozpatrywane przez komisję i proponowana naprawa przepisów prawnych będzie modernizatorskim osiągnięciem czy też może historia potoczy się jak na Moście Milenijnym.

9.7.09

Marek Zoellner: Masfel - placek po węgiersku z truskawkami


Na nową odsłonę festiwalu Era Nowe Horyzonty czekałem od roku. I opłaciło się. Tym razem poza długą listą filmów dostałem wyśmienity deser. We Wrocławiu zagra węgierski Masfel.

Kapelę poznałem z dziesięć lat temu, kiedy do Wrocławia zaczęli przyjeżdżać ich krajanie z Trottela. Napożyczałem od znajomych kaset (magnetofonowych) i słuchając, otwierałem oczy ze zdumienia. Język węgierski nie jest językiem łatwym, ale kiedy się do trochę pozna, trudno przestać słuchać. Po węgiersku zaśpiewał kiedyś Kazik, śpiewał też Proletaryat. Podobnie jest z muzyką Madziarów. Tyle, że oni nie śpiewają wcale. Zarówno Trottel czy Leukemia jak i sam Masfel w swoich zakręconych (głównie instrumentalnych) podróżach niosą słuchacza przez surrealistyczne krainy dźwięku. A kiedy dźwięk uzupełnimy obrazem, kombinacja staje się jeszcze bardziej zaskakująca:



Jeszcze jedno. Z filmów, które w tym roku zaserwuje festiwal wybrałem już
jeden. To będzie "Wino truskawkowe", nakręcone na podstawie Opowieści galicyjskich Andrzeja Stasiuka. Wiem, polsko-słowackie z truskawek wino w połączeniu z plackiem po węgiersku na ostro to mieszanka wybuchowa. Ale właśnie o to chodzi. I myślę, że takie danie będzie smakować wyśmienicie.

Masfel zagra we Wrocławiu w piątek 27 lipca o godz. 22.00


Marek Zoellner

Etykiety: , ,

Marek Zoellner: Tanie latanie "na stojaka"

Człowiek na poziomie powinien się trzymać w pionie. Moim zdaniem czasami jednak lepiej jest usiąść.

Jeden z tanich przewoźników lotniczych zastanawia się nad wprowadzeniem miejsc stojących. Ma być jeszcze taniej. Koszt przelotu (chodzi o Wielką Brytanię) miałby spaść o jakieś 20 proc. Dzięki temu do samolotów, w których już i tak jest ciasno, miałoby wejść o 30 proc. pasażerów więcej niż dotąd. Biorąc pod uwagę czas podróży na Wyspy autobusem (jeśli się nie mylę ok. 20-25 godzin), pomysł bardzo kuszący. Z drugiej strony, kiedy przypomnę sobie ciasnotę w samolociku do Londynu (ale jednak o wiele szybciej niż do Szklarskiej Poręby samochodem), jakoś nie potrafię sobie wyobrazić dodatkowych "stojaków" w przejściu między fotelami czy przy toalecie. Pomysł zakłada, że pasażer, który kupiłby taki bilet, musiałby się przepiąć pasem w talii.

Ale czy tylko na czas startu i lądowania? Przecież spacery po pokładzie nie są mile widziane a lecieć 1,5 godziny będąc przyklejonym do ściany... no masakra.

Ale biznes is biznes. Poczekajmy a wkrótce okaże się, że są też bilety na dodatkowe miejsca siedzące w autobusach. O pardon - na autobusach...

Marek Zoellner

Etykiety: , , ,

8.7.09

Czy Donald Tusk zaproponuje wysokie stanowisko Jolancie Kwaśniewskiej?

W dzisiejszym wydaniu Gazety Wyborczej ukazał się zaskakujący sondaż. Donald Tusk wygrywa w pierwszej turze wyborów prezydenckich z Jolantą Kwaśniewską o zaledwie dwa procent. Jutro mają zostać opublikowane prognozy drugiej tury. I tu szok - wygrywa żona byłego prezydenta!

Do tej pory rywale Donalda Tuska wykruszali się albo spotykały ich różne nieszczęścia lub dostawali obietnice "awansu" na wysokie stanowiska. Do Lecha Kaczyńskiego od dawna próbuje zniechęcić wyborców Janusz Palikot, który od miesięcy pyta czy prezydent ma problemy z alkoholem. Zbigniew Ziobro, nieźle wypadający w sondażach (osiągnął świetny wynik w wyborach do PE) ma problemy z prokuraturą. Głównie jeździ po kraju na przesłuchania.
Sporo mówiło się, że dobrym kandydatem na prezydenta byłby Jerzy Buzek. Platforma Obywatelska zaproponowała Buzka na stanowisko szefa PE. Więc chyba w krajowych wyborach startować nie będzie:-)
Nieźle radzi sobie w sondażach Włodzimierz Cimoszewicz. Ale tu też niespodzianka! PO zaproponowała Cimoszewiczowi poparcie w staraniach o stanowisko sekretarza generalnego Rady Europy. Artur Balazs w wywiadzie dla sobotniej Rzeczpospolitej mówi wprost, że PO eliminuje rywali Tuska. Wskazuje na przykład Rafała Dutkiewicza, prezydenta Wrocławia, który wystawił do wiatru Polskę XXI rezygnując z liderowania tej partii: "Znów powtarza się stary scenariusz. Tusk wyeliminowuje z rozgrywki swego potencjalnego konkurenta. Teraz będą się mocno wysilać, żeby Cimoszewicza wysłać do Rady Europy. Z Dutkiewiczem to się powiodło. Dostał kilka sztychów, dostał sygnał, że PO wystawi innego kandydata na prezydenta Wrocławia, jeżeli się nie uspokoi, i nic dziwnego, że Dutkiewicz mówi pas".

Ciekawe czy Jolanta Kwaśniewska dostanie teraz jakąś intratną propozycję. Jaką? To już mało ważne. Coś tam się znajdzie w Zjednoczonej Europie 8-)

Etykiety: , , , , , , , , , ,

Twitter zasługuje na Nobla? Narzędzie komunikacji jako wartość

Twitter, platforma dla "mikroblogerów" powinna otrzymać nagrodę Nobla - to propozycja, którą przedstawił Mark Pfeifle, były amerykański Doradca ds. Bezpieczeństwa Narodowego za czasów prezydentury G. W. Busha. O tym zaskakującym pomyśle pisze Dominik Szarek na interaktywnie.com.

Czym zasłużyło się to współczesne narzędzie komunikacyjne? Chodzi o możliwość jaką dał Twitter podczas kryzysu i zamieszek jakie rozpętały się w Iranie w ubiegłym miesiącu po ogłoszeniu wyników wyborów prezydenckich w tym kraju. To dzięki postom zamieszczanym na platformie, cały świat mógł przekonać się o tym co wydarzyło się w Iranie (media nie miały dostępu do informacji).

O Twitterze i jego sekretach pisaliśmy już na 5Władzy. Teraz okazuje się, że internet i szybkie przekazywanie informacji nie służy tylko do "bycia na bieżąco", ale daje szansę na to aby udokumentować i wyrazić opinię społeczności w chwili, gdy oficjalnie nie zyskuje na to żadnej szansy.

Twitter staje się i u nas coraz bardziej popularny. Ciekawym eksperymentem będzie użycie jego możliwości podczas najbliższych kampanii wyborczych: samorządowej i prezydenckiej. Czy ktoś się na to zamierzy? Zobaczymy, na pewno nie wystarczy samo założenie okna i wrzucanie notek w stylu "jest świetnie", "partyjny wiec udał się", "wszyscy popierają naszego kandydata". To z całą pewnością nie przejdzie:-)

Zobacz Twittera Marka Pfeifle.

Etykiety: , , , , , , ,

6.7.09

Marek Zoellner: dziennikarska dieta

O naszych zarobkach było już sporo (w sensie kasy dziennikarzy). Tak na papierze, jak i w internecie. O tym, co jemy mówi się również, ale kończy się zwykle na prostym zdaniu: szybko i źle. Pora więc rozwinąć dziennikarskie menu.

Szczególnym ekspertem nie jestem. Kończyłem wprawdzie gastronomik, gdzie przeliczałem kilokalorie i układałem diety dla poszczególnych grup żywieniowych, ale to stare dzieje i wolałbym się dziś kompromitować. Potraktujcie poniższy opis raczej jako zestaw refleksji, które powstały na bazie doświadczeń własnych i obserwacji innych:-)
Zacznijmy od śniadania.

Śniadanie – Do It Yourself... albo wcale:-)
Obserwując moje koleżanki i kolegów można zaproponować jeden podstawowy podział na dwie grupy: jedna przynosi kanapki, druga nie. Ja zaliczam się do tej drugiej. Chociaż uwielbiam kanapki, ale po tym jak wyprowadziłem się od mamy, po prostu najczęściej nie chce mi się ich robić. Patrząc z zazdrością na odwijane z papieru czy folii aluminiowej smakołyki, jestem najczęściej zmuszony do korzystania z kiosku albo baru. Cena? 2,50 – 3,50 PLN za bułkę z szynką, sałatą, jakiem albo serem. Dodatkowy ser - 50 gr. Smakuje słono. I być może dlatego zdarzają się też osobniki trzeciego rodzaju (jednak!). Nie robią i nie kupują. Czekają aż ktoś im zaproponuje, albo - jeśli nie mają oporów - sami się proszą. Na takich akurat nie natrafiłem, ale znam kilku z opowieści. Tak czy inaczej ze śniadaniami nie jest najgorzej. Co zamożniejsi i mniej zapracowani mogą sobie nawet pozwolić na jakąś jajecznicę albo parówki. No, chyba że ktoś od rana jest na materiale, wtedy zazwyczaj połyka jakiegoś kęsa ukradkiem w autobusie albo tramwaju, narażając żołądek na niestrawność.

Jeśli artyleria w brzuchu na chwilę przysnęła, przydałoby się popić. Dobrze znane poranne pytanie: kawa czy herbata - akurat dla mnie nie ma większej wagi. Przez prawie dwa lata pracy w jednej z redakcji ani razu nie zagotowałem wody. Po prostu nie lubię gorących napojów, co może dziwić. Raczę się za to sokami, czasami wodą i przede wszystkim - odkąd powstały automaty na monety - różnymi formami zimnej coli. Zostawmy to bez komentarza. Większość wyznaje jednak zasadę wlewania w siebie energii w postaci kaw, herbat a czasami i barszczyków. W sumie nie ma nad czym się skupiać, bo do tej pory wszystko wygląda jak w każdym normalnym biurze. Pojawiają się też czasami pączki, słodkie bułki, batoniki i wafelki. Dzień jak każdy inny.

Wszystko przybiera jednak inny obrót po kolegium redakcyjnym. I w zależności od tego, co to za miasto, w jakim miejscu stacjonuje redakcja i ile zostało w portfelu, może to wyglądać różnie.

Lunch – zapchaj czeluść:-)
We Wrocławiu jest nieźle. Przeważnie w redakcyjnym budynku działa jakiś bufet, dlatego zazwyczaj można się spokojnie posilić. Tu oczywiście jak każdy preferuję coś na ciepło (chociaż gorącemu pozwalam, żeby trochę przestygło). Nie będzie chyba sprzeciwów, jeśli na pierwszym miejscu wymienię pierogi. To królowie szybkiego jedzenia. Porcja zwykle kosztuje 5-8 zł. Droższe to już przesada. Tym bardziej, że na jedną porcję przypada ok. 7-8 sztuk, co mnie nie satysfakcjonuje i proszę najczęściej o podwójne. Ziemniaki, trochę sera białego, cebula i mąka - czyli węglowodany, białko, trochę tłuszczu – można się zapchać. Gdyby jeszcze dołożyć zupę ze świeżych jarzyn, byłoby nawet nieźle, ale na zupę nie ma zwykle już czasu. Jakiś czas temu kolega zrobił wielkie oczy, kiedy zamówiłem 1,5 ruskich plus schabowego. Ale odkąd mu wyjaśniłem, co warte są same pierogi i stwierdził, że takie połączenie nawet smakuje, zamawia ten zestaw regularnie.
Popijać należy najlepiej po jedzeniu a nie w trakcie (oj, nieprawda, nie chodziłeś Marek na szkolenia kuchni ZEN:-) - przyp. Pat). Hmm cola już była, więc teraz może pepsi? Odnosząc talerz do okienka, łypię dyskretnie na inne stoliki. Zupki – jak najbardziej słuszne - trafiają się na stolikach biurowców. Marketing, promocja, administracja. Rasowy reporter sięga najczęściej po frytki, smażonego kurczaka, mogą być naleśniki. No i znów wpadka. Dobre frytki są dobre, ale wartości w nich tyle, co w mącznych brzegach pieroga. Skrobia i olej (ciekawe czy świeży?) (oj, najlepsze frytko-mastery z Berlina twierdzą, że olej powinien być właśnie raz „przepieczony” - przyp. Pat) . A przydałby się żur z jajem, ziemniaki albo kasza z gulaszem (dla wegetarian warzywnym), bukiet surówek albo wachlarz gotowanych jarzyn, kiszona kapusta, buraczki (mizeria z ogórków to przecież sama woda, chyba że ze śmietaną). Na popitkę kompot z dobrych owoców.

No nic to. Żołądek znów zapchany, do mózgu poszła informacja: możesz wracać do pracy. Szare komórki jednak otumanione i słabe, więc żeby nie zdążyły się niczego domyślić, można je jeszcze „podtruć”, wyskakując na fajkę (ostatnio prawie dyszkę za paczkę).

Kolacja? Nie, to tylko darmowy wypas:-)
A co tam w newsroomie? Kilka osób wróciło już z miasta. Patrzą z podziwem na tych najedzonych, bo oni od śniadania nie mieli nic w ustach. Poza papierosem. Ganiali po mrozie, deszczu, upale a tu jeszcze trzeba napisać tekst, zmontować materiał, nagrać relację. Rodzącą się w nich gastro-frustrację podsycają w dodatku ci, którzy przynoszą do pracy swój obiad i właśnie go zajadają przed komputerem. Przynoszenie do pracy obiadu należy do wyjątków. Czasami nie ma gdzie odgrzać potrawy, czasem nie ma gdzie zjeść, bywa też, że szef się krzywo popatrzy, że bałaganimy na stanowisku pracy :-)

- Ale był wypas - nagle od progu dobiega rozentuzjazmowany okrzyk szczęściarza, który przyjechał właśnie z konferencji znanego koncernu. - Stary! Łosoś, kawior na jajkach, serki pleśniowe, oliwki, sałatki a potem strogonow. Spóźnił się jakiś prezes i pozwolili zjeść wcześniej - cieszy się jak dziecko. Zapewne, gdyby oczekiwany gość pojawił się na czas, reporter musiałby uwijać się jak w ukropie, żeby zebrać informacje a potem migiem wracać do redakcji. Objadł by się oczywiście za wszystkie czasy... smakiem :-)

Marek Zoellner

Ps od Pat: interesujące jest co jedzą blogerzy tłukąc w klawiaturę:-)

Etykiety: , ,

Kuba Walczak: Kutiman – artysta XXI wieku

Choć niektórzy odmawiają Kutimanowi miana artysty, to jego produkcje (filmy, muzykę) w ciągu niespełna tygodnia obejrzało przeszło milion widzów! Oczywiście za sprawą YouTube.

Projekt Throu-You, który wywołał już tyle emocji na całym świecie to rzecz wyjątkowa. Izraelczyk Ophir Kutiel – bo tak brzmi jego prawdziwe nazwisko, wykorzystał "youtubowe", amatorskie nagrania różnych domorosłych muzyków, by w fantastyczny sposób zmiksować je ze sobą tworząc nową jakość!



Kutiel miesza w nich hip-hop, rock, soul, funk, afrobeat i praktycznie wszystkie inne gatunki muzyczne. Projekt jest porywający, a sam artysta opowiadał o nim dwa tygodnie temu we Wrocławiu (gdzie gościł na zaproszenie radia Wroclove). Lokalne i regionalne media szczególnie nie zainteresowały się wizytą Kutimana, ale kto chce posłuchać z nim wywiadu może znaleźć zapis rozmowy tutaj.
Opowiada o swoim niezwykłym projekcie, o bohaterach, którzy nieświadomie wzięli w nim udział, o swoich poczynaniach i o różnicach między Polską i Izraelem: myślałem, że tu jest szaro i ciemno, ale na szczęście się myliłem :-)

Projekt Kutimana to nie tylko nowa jakość w muzyce, ale też w podejściu do praw autorskich. Żaden z autorów filmików nie wiedział, że bierze udział w jakimś projekcie i choć Kuti świadomie nie zarobił na nim ani grosza (a chciały go zatrudnić największe wytwórnie!), a na swojej stronie zamieścił swoisty "credits", czyli listę wszystkich muzyków... to jednak nie miał ich zgody na wykorzystanie materiałów.
Byłoby naprawdę ostro (i ciekawie) gdyby któryś z nich podał go do sądu. Z drugiej strony, wziąć udział w projekcie, który widziało miliony osób to jednak niezła gratka.

W ciągu ostatnich kilku lat, Izrael, zaprezentował światu całkiem interesującą muzykę – by wspomnieć tylko Kutimana, reggae chasyda Matisyahu:



czy Regina Spektor (nota bene, wydała właśnie nowy świetny album):



Na koniec znów można postawić tendencyjne pytanie :-) - dlaczego polskim muzykom nie udają się takie "sztuki"? No, może poza Vaderem i Behemothem.

Kuba Walczak

Etykiety: , , , , ,

Neurosis 07/07/09 - Praga

Neurosis to niebanalny zespół. Nie przepadam szczególnie za słowem "kultowy" (bo w naszych czasach nawet puszki z byle jakimi napojami bywają kultowe w przekazie marketingowym), ale to określenie pasuje doskonale do poczynań posępnych brodaczy :-)
Neurosis to kawał świetnej oryginalnej muzyki, przy której określenie doom brzmi naprawdę radośnie oraz (co najważniejsze) ciekawe teksty o niesamowicie poetyckim potencjale. I jeszcze coś - fani - wyjątkowo związani ze swym ulubionym bandem.
7 lipca (jutro) Neurosis w Pradze. Kto ma w planach zaliczenie tego gigu - nie pożałuje z całą pewnością.



Jednym słowem given to the rising :-)

Etykiety: , ,

O wrocławskim teatrze na pohybel tabloidom

Spędziłem właśnie pół dnia tworząc rubrykę poświęconą dyskusjom o teatrze na stronie Radia Wrocław. Z takimi robótkami bywa różnie. Czasem mnie wkręcają, czasem irytują, czasem bawią. Tym razem robota była momentami żmudna, ale miałem silne poczucie, że jest w niej głębszy sens.

Ta nowa teatralna rubryka zawiera zapisy dziewięciu audycji zarejestrowanych pod szyldem "Ostatni akt". Ich autorką jest Anna Matusiak, na co dzień związana z TVP Wrocław. Rubryka jest tu.

To długie, poważne, "wypasione" (40-minutowe!) rozmowy o dziewięciu przedstawieniach wystawianych we wrocławskich teatrach. "Ostatni Akt jest jedną z niewielu możliwości konfrontacji twórców spektaklu z krytykami" - zachwala sama Anna Matusiak we wprowadzeniu do swoich audycji.

Ja zaś - jako teatralny laik - mam wrażenie, że w ten sposób powstał kapitalny zasób opinii i informacji o tym, czym żyje wrocławski mainstream teatralny w 2009 roku.

5.7.09

Gorące muzyczne lato w Polsce!

Zapowiada się naprawdę gorące lato muzyczne w Polsce. Wakacje jak widzicie na 5W w pełni więc warto napisać o tym co i gdzie można zobaczyć.

O tym, że Bad Brains przyjedzie na festiwal w Jarocinie już pisałem. Będziemy mogli zobaczyć ich 17 lipca. Na rozgrzewkę fragment ich koncertu z Warszawy z 1994 roku.



W Jarocinie (tu cały program) będziemy mogli też zobaczyć m.in. Ignite (hc/punx z Kalifornii), New Model Army, Editors (porównywalnych przez niektórych do Joy Division) i koncert z okazji 30-to lecia Tiltu (w jakim składzie wystąpią możecie przeczytać tutaj). Kapelę Tomka Lipińskiego będzie zresztą można zobaczyć także 1 sierpnia w Warszawie na koncercie z okazji rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego (tu bardzo dobra strona muzeum powstania).

Druga wielka impreza tych wakacji to Przystanek Woodstock w Kostrzynie nad Odrą (tu cały program). Jerzy Owsiak już dawno zmienił zdanie i zaprasza na swój festiwal punkowe kapele. Tym razem będzie można zobaczyć m.in. Conflict, legendarnych brytyjskich punkowych anarchistów, którzy budzą wiele kontrowersji (tak jak Włochaty, o którym pisałem jakiś czas temu). Ma chyba tylu samo zaprzysięgłych zwolenników co i wrogów. Zanim ich zobaczymy w Polsce warto przypomnieć sobie fragment ich koncertu z 2003 roku w Krakowie.





W sieci można znaleźć zresztą wiele świetnych nagrań Conflictu. Ja polecę tylko kilka. Kawałek poświęcony Carlo Gullianiemu (tu zabitemu podczas protestów antyglobalistów w Genui 2001 rokuj. 20 lipca minie 9 lat odkąd został zabity. W sieci pojawiło się zresztą mnóstwo utworów poświęconych Carlo - m.in. tutaj).



I może jeszcze jeden kawałek "This is ALF":



(tu strona poświęcona Animal Liberation Front)
Poza Conflictem w Kostrzynie zobaczymy m.in. Sham 69. To także nie lada gratka dla wielu. Oto jeden z najpopularniejszych kawałków:




Ciekawie też jest w czeskim miasteczku Hradec Kralove, ale tam festiwal Rock for People (tu program) już trwa. Dzisiaj można było zobaczyć jedną z ulubionych kapel naszego ojca współzałożyciela - SKA P (tu ich profil na myspace). Grają o 23.00 więc niektórzy pewnie jeszcze zdążą). Reszcie pozostaje żałować... Chociaż popatrzmy...



(niezależne wiadomości o Palestynie możecie przeczytać tutaj)
A jutro w Hradcu (0d 19.30) Gogol Bordello (o ich wrocławskim koncercie pisałem tutaj). Popatrzmy na fragment ich ubiegłorocznego koncertu z Wrocławia:


Etykiety: , , , , , , , , , , , , , ,

1.7.09

Marek Zoellner: Szczęsny z ogórka

Patrzę za okno. Akurat nie pada, ale padało wcześniej i pewnie za chwilę znów zacznie. Słucham radia, oglądam zdjęcia w internecie. Może w skali ostatnich kilkunastu lat nie jest to największa powódź, ale kiedy pomyślę o niej z punktu widzenia pana Władka czy Staszka np. z Jaszkowej, nad głową pojawiają się czarne chmury. Dlatego chciałem napisać kilka słów ku pokrzepieniu.

Na imię miał Szczęsny. Nie znałem go. Spotkaliśmy się w 1997 roku na samym środku ulicy Ładnej. We Wrocławiu. Prawda, że zaczyna się sympatycznie? Pojechałem na Ładną z kolegami, do schronu. Tam przyjmowali dary dla powodzian z Kłodzka. My pomagaliśmy je ładować na tiry. Wodę, jakieś ciuchy, pieluchy, podpaski, mydła... Kierowcy, którzy już byli w Kłodzku i robili kolejny kurs, opowiadali o starszych kobietach, które w samych halkach siedziały na dachu zalanego domu. A we Wrocławiu żar lał się z nieba. Spoceni zastanawialiśmy się, co będzie, jak nas też zaleje i śmialiśmy się, że to niemożliwe, bo przecież Niemcy umieli budować. Zalało kilka dni później.

Po kilku godzinach pojawił się Szczęsny. Przyjechał autobusem. Swoim własnym. To był taki stary, zdezelowany ogórek, którego sobie kupił, ale nie zdążył za bardzo wyremontować. Ale nie przejmował się tym. Tryskał optymizmem i energią. Chciał pomóc i nie zastanawiając się wiele zapytał tylko: - Dokąd mam jechać?

Staliśmy obok więc jak już zaczął załadowywać ogórka, robota poszła na kilka par rąk. Pakowaliśmy do środka krzesła, stoły, worki z ciuchami a przede wszystkim wodę. Nawet teraz w 2009 roku po ostatnich ulewach w wielu miejscach brakuje jej do picia.

Jak już nic więcej nie chciało się zmieścić, bez słowa wsiedliśmy do wehikułu Szczęsnego i pognaliśmy. Dla nas wszystkich to była przygoda, ale każdy zdawał sobie jednocześnie sprawę, że ktoś na naszą dostawę naprawdę czeka.

Odwiedziliśmy Oławę i Brzeg. Witali nas z otwartymi rękami. Nam małolatom herbatę proponowała Pani Burmistrz. Wojskowi eskortowali. Szczęki opadały, ale trzymaliśmy fason. Szczęsny też nie był stary. Ze dwadzieścia parę miał może. Jego autobus się trząsł i chyba sprzęgło ledwo działało, ale pruł tam, gdzie było trzeba. Ciągle zerkał na nas zza kierownicy i się uśmiechał.

Niestety, gdy już mieliśmy wracać, okazało się, że skończyła mu się benzyna. I to bodajże ktoś z oławskiego magistratu zaproponował, że podjedzie z nami na stację i załatwi co trzeba.

- Nic z tego, albo pieniądze, albo do widzenia - wzruszył ramionami pracownik stacji benzynowej. Urzędnicy chcieli, żeby nalał do baku a oni wystawią mu jakiś świstek. Sytuacja była w okolicy dramatyczna i nie było czasu na załatwianie. Forsę miał dostać później.

Nie dziwię mu się, że nie chciał. Co warty jest papier? Zwłaszcza, że pewnie był tylko pracownikiem. I wyglądało na to, że zostaniemy na noc. Ale nagle, po entej prośbie, nagle z jednego z odjeżdżających samochodów wysiadł facet. Całkiem obcy i nie zaangażowany wyjął z portfela banknot, włożył Szczęsnemu do ręki i odjechał. Nie powiedział ani słowa. Benzyniarzowi opadła szczęka.

Wróciliśmy do domu cali i zdrowi. Opowieść szybko się zdewaluowała, bo zalało Wrocław i na horyzoncie pojawiło się więcej bohaterów. Ale Szczęsny zawsze będzie dla mnie jakimś symbolem bezinteresowności w czasach, kiedy komuś dzieje się coś złego. I ten pan, który dał nam na paliwo też...

Mam nadzieję, że Szczęsny z ulicy Ładnej nadal gdzieś kursuje z tym nieodłącznym uśmiechem.

I mam nadzieję, że rano zaświeci słońce!

Etykiety: , , , , , , ,

30.6.09

Politycy biorą się za społeczności, czyli jak PiS zabłysnął w mediach

Zadziwiająco sensacyjnie media potraktowały informację o planowanym projekcie Prawa i Sprawiedliwości. Chodzi o mający zadebiutować jesienią nowy serwis społecznościowy partii, wzorowany na amerykańskim produkcie towarzyszącym kampanii Baracka Obamy.

Nad całością przedsięwzięcia czuwa Przemysław Gosiewski, a nowy serwis ma otworzyć partię na głos społeczeństwa, które za pomocą sieci będzie mogło wyrażać swoje opinie. Jednym słowem PiS chce budować relacje i korzystając z wymiany i rozpowszechnienia memów kulturowych kreować nową jakość:-) Z całą pewnością wszyscy będą z niecierpliwością czekać na debiut serwisu, ponieważ do tej pory Prawo i Sprawiedliwość nie kojarzyło się jako partia, która przykłada szczególną wagę do działań w Internecie. Mieliśmy do czynienia z pojedynczymi inicjatywami, vide Michał Kamiński, o którym pisaliśmy na 5W.

Nie zgadzamy się z złośliwostkami kierowanymi pod adresem PiS:-) Z prostej przyczyny: żadna partia w Polsce do tej pory nie zrobiła nic świeżego i zintegrowanego w sieci (nie mówiąc już o konkretnych efektach). W tym wypadku dziwi, dlaczego jeszcze Platforma Obywatelska nie ogłosiła własnego projektu na miarę zbliżających się wyborów prezydenckich i samorządowych.
Natomiast co do "kojarzenia się" partii z Internetem, to jedynie UPR przykłada się (w miarę) do aktywności w sieci (jednak w wypadku osiąganych wyników wyborczych, to UPR w realu zdecydowanie gorzej wypada:-)

Jeśli chodzi o zagrożenia, to nie jestem przekonana, czy powielanie amerykańskich wzorców bez przełożenia na grunt europejski i polski w szczególności przyniesie zamierzone efekty. Inna sprawa: czy Przemysław Gosiewski "poczuje" Internet? Zobaczymy :-) Jedno jest pewne, po lekkim kacu jaki mogliśmy obserwować u polityków po tegorocznej kampanii do Parlamentu Europejskiego, na pewno nastał czas na zmiany w myśleniu o promocji własnej i partii oraz o pożytku budowania relacji obywatelskich za pomocą netu. Pytanie, czy sieć to wytrzyma?:-)

Etykiety: , , , , , , , ,

29.6.09

Zlikwidować Dolnośląską Izbę Rolniczą?

Szef Dolnośląskiej Izby Rolniczej siedzi w areszcie. Jego współpracownikom nie przeszkadza, że Leszek G. jest podejrzany o nieprawidłowości przy doznawaniu unijnych dotacji i nie zamierzają usunąć go ze stanowiska!

DIR obsadzona jest przez działaczy PSL. Leszek G. kandydował w wyborach do europarlamentu z drugiego miejsca listy ludowców na Dolnym Śląsku i Opolszczyźnie. Bożena R., jego była podwładna w Izbie, a później szefowa Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa we Wrocławiu, która także usłyszała zarzuty w tej sprawie, była jeszcze do niedawna wiceprzewodniczącą dolnośląskiego PSL. Zrezygnowała. Prokuratura twierdzi, że przy pomocy jeszcze jednej osoby, która zasiadała w komisji przyznającej pieniądze, wybierali tych, którym "należały" się unijne dotacje z programu "Mój szef to ja!!!". A podżegać do tego miał właśnie Leszek G. Pisałem o tym zresztą w ubiegłym tygodniu (czytaj tutaj).

W sobotę w Piotrowicach zebrało się walne zgromadzenie Dolnośląskiej Izby Rolniczej, które miało zadecydować o dalszych losach Leszka G. Działacze nie mieli wątpliwości. Wsparli swojego szefa. Jedynie dwie osoby wstrzymały się od głosu. A oto argumenty, którymi się kierowali:
"Większkość wierzy, że prezes jest niewinny. To wspaniały działacz społeczny, który bardzo dużo zrobił dla rolnictwa. Zrobimy wszystko by wyjaśnić wszelkie niejasności w związku z jego zatrzymaniem i jego sprawą, posądzeniem"
- mówiła Radiu Wrocław Małgorzata Janusz - Franków z zarządu DIR.
"Izba będzie wspierać swojego działacza. Te decyzje jakie podjęło walne zgromadzenia nie podlegają żadnej ocenie. Musimy to przyjąć i uważam, że jest to decyzja słuszna. Przebywanie prezesa w areszcie nie stanowi żadnego problemu" - mówi z kolei Radiu Wrocław Marek Tarnacki, wiceprezes DIR (który wstrzymał się od głosu).

I tak Leszek G. może rządzić Izbą z aresztu. A komu to przeszkadza? Bo to on pierwszy?
A ja się zastanawiam czy ta cała Dolnośląska Izba Rolnicza, która rozdaje unijne pieniądze, jest nam potrzebna? Czy unijne pieniądze są w niej bezpieczne? Już trzy osoby w niej pracujące na wysokich stanowiskach usłyszały zarzuty. A ich współpracownicy wspierają swojego podejrzanego szefa. Oczywiście, że istnieje coś takiego jak domniemanie niewinności. Ale czy przyzwoitość nie wymaga zawieszenia podejrzanej osoby w obowiązkach?
Co więcej powstał nawet Komitet Obrony Dobrego Imienia Leszka Grali!

A w dolnośląskim PSL bardzo źle się dzieje. Szef dolnośląskiego Stronnictwa zrezygnował ze stanowiska wicemarszałka województwa. Tadeusz Drab został prawomocnie skazany w maju (pisałem o tym tutaj) za sładanie fałszywych zeznań, ale nie widział powodów by powiadomić o tym marszałka i ustąpić. Zrobił to dopiero teraz gdy całą sprawę opisała Gazeta Wyborcza Wrocław.

Ciekawą tezę wysunęli bloggerzy z "Na zapleczu", którzy uważają, że ta historia to okazja do przejęcia części władzy w sejmiku przez Dolny Śląsk XXI Rafała Dutkiewicza i powrót do koalicji prezydenta Wrocławia z Platformą Obywatelską. Ciekawa teoria, a życie szybko ją zweryfikuje...

Etykiety: , , , , , , , , ,

Wojciech Jankowski: nory hazardu

W dużych miastach i w małych miasteczkach, jeśli w centrach, to z reguły w bocznych ulicach, często w blokowiskach, tam, gdzie kiedyś były niewielkie sklepiki, które ledwie przędły aż zbankrutowały, powstają ostatnio lokale z automatami. Z tandetnych, jaskrawo świecących szyldów wabią pompatyczne nazwy: „Vegas”, „Casino”, czasem nawet „Casino Royale”. W środku kilka albo kilkanaście automatów zwanych jednorękimi bandytami.

Byłem ostatnio w kilku dolnośląskich małych miastach i w każdym trafiłem na taką niedawno otwartą nie tyle jaskinię, co raczej norę hazardu. Zaglądałem do każdej. W środku nie było tłoku, ale w każdym parę osób wrzucało monety do automatów. Najczęściej byli to ludzie młodzi, głównie mężczyźni, raczej kiepsko ubrani, nie wyglądający na zamożnych. W ubiegłym roku wrzucili 8,5 mld złotych, 42 proc. tego, co Polacy wydali na wszystkie formy hazardu, łącznie z "lottem" i zakładami bukmacherskimi.

W Polsce hazard jest reglamentowany kasyna mogą powstawać w miastach liczących powyżej 250 tys. mieszkańców, lokale z automatami określanymi w przepisach jako wysokohazardowe tam, gdzie mieszka co najmniej 100 tys. osób. Reglamentacji nie podlegają jednoręcy bandyci, automaty urzędowo określane jako niskohazardowe. Tu nie ma ograniczeń, specjaliści twierdzą, że choć tych automatów jest już ponad 30 tysięcy, jest jeszcze miejsce na następne 15 tysięcy. W barach, piwiarniach, na stacjach benzynowych, a ostatnio w specjalnych lokalach, bo to już się zaczęło opłacać, choć wyższe są podatki od maszyn, których jest więcej niż trzy w jednym lokalu. Opłaca się, bo Polacy coraz większymi pieniędzmi karmią te automaty.
Gra się niewielkimi kwotami, więc gra łatwo przychodzi. Tyle że prawdopodobieństwo wygranej jest niskie, więc każdy traci. Specjaliści wiedzą, że nawet ten, kto wygra sporą kwotę, szybko ją automatom odda, bo wróci, żeby wygrać jeszcze więcej. Wszyscy wracają.
Grają oczywiście dorośli ludzie, pełnoletni, odpowiedzialni za siebie, więc powinni wiedzieć, co robią. Ja jednak nie jestem pewien, czy rzeczywiście wiedzą.

Wojciech Jankowski

Etykiety: , , ,

27.6.09

Czy będzie odszkodowanie za upadek JTT?

To była jedna z najgłośniejszych upadłości ostatnich lat w Polsce. Potentat na rynku komputerowym wrocławskie JTT upadło po kłopotach jakie miało z fiskusem i prokuraturą.
Właściciel akcji bankruta - fundusz inwestycyjny MCI walczy o odszkodowanie. Chce 36,5 miliona złotych! Sprawa podobna do tej dotyczącej upadku Optimusa.

Okazją do napisania o tej sprawie jest opinia biegłych przygotowana na zlecenie wrocławskiego sądu przez naukowców z Politechniki Szczecińskiej. To chyba precedensowa ekspertyza w skali kraju, a na pewno Wrocławia. Jej sporządzenia odmówili specjaliści z Wrocławia i Poznania. Tym ze Szczecina zajęło to 15 miesięcy! Pracowało nad opinią ośmiu naukowców. Zażyczyli sobie za swoją pracę 320 tysięcy złotych!

Biegli odpowiadają sądowi, że zajęcie przez Izbę Skarbową 10,5 miliona złotych na koncie JTT było jedną z głównych przyczyn upadku firmy w 2004 roku. Czy to otwiera MCI drogę do uzyskania odszkodowania? Zobaczymy. Sędzia Adam Maciński (ten sam co prowadził proces ws. Arnolda Buzdygana) może wreszcie, po 1,5 roku wyznaczyć termin rozprawy. Zobaczymy jeszcze jak zareaguje Prokuratoria Generalna, która podważa prawa MCI do roszczeń ws. JTT.

Wrocławski producent komputerów wpadł w kłopoty ponad 10 lat temu. Wygrał przetarg MEN na dostawę komputerów dla polskich szkół. Ponieważ preferowane były firmy zagraniczne, JTT wykorzystało lukę w prawie i wywoziło swoje komputery do Czech, sprowadzało je z powrotem, co pozwalało na uniknięcie płacenia podatku VAT. Fiskus uznał, że to niezgodne z przepisami i zajął 10,5 mln. zł. Cztery lata później NSA nakazał zwrot pieniędzy z odsetkami (wyszło tego ponad 20 milionów złotych). Oskarżeni przez prokuraturę szefowie firmy zostali natomiast uniewinnieni. Było to już jednak wszystko za późno, firma nie poradziła sobie z dalszą działalnością na rynku i upadła (o całęj tej historii więcej czytaj tutaj).

To bardzo ciekawy proces, a wyrok może być precedensowy. Być może pozwoli innym firmom, które upadły z powodu błędów urzędników, na dochodzenie odszkodowań. Pojawiają się też nowatorskie pomysły by urzędników obciążać w takich sytuacjach kosztami. Bo czemu za ich pomyłki ma płacić skarb państwa czyli my wszyscy?

Komentarzy na ten temat możecie posłuchać w moim nagraniu na portalu Radia Wrocław.

Etykiety: , , , , , , , , , , ,

26.6.09

Czy będą kolejne edycje OpenSummer w Kłodzku?

Kuba Walczak wczoraj pisał o problemach organizatora kłodzkiego koncertu Kultu. Protestują miejscowi katolicy. Dzisiaj przed południem głos zabrał organizator imprezy. Wpis znalazłem na forum strony kapeli Kazika.

"Witam wszystkich! Zapraszam na koncert Lao i KULTU - jako organizator tej imprezy proszę jednocześnie o zachowanie spokoju przed, w trakcie i po koncercie - jakikolwiek zgrzyt może zdecydować o tym, że w przyszłym roku OpenSummer się nie odbędzie i Knż dla Was w Kłodzku nie zagra... to oczywiście w kontekście tegorocznych protestów... zapraszam i życzę dobrej zabawy!".

Jak widać organizator obawia się prowokacji i przyszłości imprezy. 5 Władza będzie szczegółowo przyglądać się kłopotom organizatorów imprez muzycznych w Kłodzku.

O tym, że koncert nie został odwołany można także przeczytać na stronie Kłodzka.

Etykiety: , , , , , ,