13.6.06

Dziennikarz z Niemiec oświadcza, że był agentem Służby Bezpieczeństwa

Dramatyczną historię opowiada "Gazeta Wyborcza Wrocław". Oto Jaromir Jankowski, pod koniec lat 70. działacz wrocławskiej opozycji antykomunistycznej, dziś dziennikarz niemieckiego radia, publicznie przyznał, że w latach 1978-1980 donosił na swoich kolegów Służbie Bezpieczeństwa.
Jako jej tajny współpracownik miał pseudonim "Piasecki". Za donosy zdarzało mu się brać pieniądze. W 1980 r. wyemigrował do Niemiec. Jak sam opowiada, pisywał do prasy emigracyjnej i współpracował z Radiem Wolna Europa - pod pseudonimem "Paweł Narbutowicz".
"Wyborcza" nie tylko opisuje przypadek Jankowskiego. Zamieszcza też (i to w całości) jego długi list do działaczy dawnego Studenckiego Komitetu Solidarności we Wrocławiu. To właśnie w tej organizacji działał Jankowski. To na jej działaczy donosił.
List jest dramatyczny, pełno w nim bardzo emocjonalnych sformułowań. "Najbardziej bolesny i stygmatyzujący mnie do końca życia jest fakt zdrady zaufania żywych ludzi" - pisze Jankowski. - "I za to przepraszam z głębi duszy wszystkich działaczy SKS-u i wszystkich moich bliskich i przyjaciół, którzy teraz przekonają się o podwójności mojego oblicza".
Dalej jest jeszcze mocniej: "Liczę się z tym, że przebaczenia nie będzie. Moim dzieciom chcę powiedzieć, że nie są za mnie odpowiedzialne. I że jeśli ktokolwiek wypomni im, że mają lub mieli ojca agenta, to nie będą to orędownicy prawdy w imię li tylko prawdy. Zrozumiem, jeśli dzieci się ode mnie odwrócą, nawet jeśli nie w pogardzie, to z czystej rozpaczy, że nie stałem się dla nich autorytetem, jakiego każde dziecko ze strony ojca potrzebuje".
Warto tu przypomnieć, że SKS powstał po śmierci Stanisława Pyjasa w 1977 r. Założycielami Komitetu byli m.in. Bronisław Wildstein - od niedawna prezes TVP - oraz Lesław Maleszka, w latach 90. czołowy publicysta "Gazety Wyborczej", który też okazał się agentem SB.

W tekście o Jankowskim "Wyborcza" tylko jednym, dość ogólnym zdaniem przypomina kontekst tej publicznej spowiedzi.
Przypominamy więc my. Wszystko zaczęło się wiosną 2005 r., gdy wśród dawnych wrocławskich opozycjonistów zaczął krążyć ogromny zasób SB-ckich akt dotyczących SKS. Prawdopodobnie wyciekły jakimś nieoficjalnym kanałem. W tych dokumentach dawni działacze SKS znaleźli pseudonimy licznych agentów, którzy na nich donosili. Przynajmniej jeden pseudonim udało się rozszyfrować (choć nazwisko owego agenta nie zostało dotąd ogłoszone). Latem 2005 r. pisało o tym "Słowo Polskie - Gazeta Wrocławska".
Pod koniec marca 2006 r. dawny działacz wrocławskiego SKS i "Solidarności", a dziś wojewoda dolnośląski Krzysztof Grzelczyk zapowiedział, że ujawni nazwiska oficerów SB i niektórych agentów, którzy szkodzili wrocławskim opozycjonistom. Wówczas o całej sprawie obszernie napisał tygodnik "Panorama Dolnośląska", piórem jednego z autorów niniejszego bloga. Temat podjęła "Gazeta Wyborcza Wrocław" i TVP 3.
Wojewoda Grzelczyk mówił wówczas, że ujawni nazwiska owych oficerów i agentów na specjalnie zwołanej konferencji prasowej. Do dziś tego nie zrobił. Ale zapewne to ta właśnie zapowiedź skłoniła Jaromira Jankowskiego do ujawnienia swojej mrocznej przeszłości, zanim - jak sam pisze - "media podadzą rozszyfrowane kryptonimy osób współpracujących z peerelowską Służbą Bezpieczeństwa".
Co ciekawe, z naszych informacji wynika, że Grzelczyk nie miał zamiaru ujawniać nazwiska Jankowskiego. Dlaczego? Bo już wcześniej zapowiedział, że chce ujawnić tylko tych agentów, którzy dzisiaj "pełnią funkcje związane z zawodami zaufania społecznego". Np. profesorów wyższych uczelni. Zresztą w "Wyborczej" Grzelczyk mówi o Jankowskim tak: - Nie był czołowym działaczem i nie jest osobą publiczną.

Na koniec dygresja. Nas w tej całej epopei dziwi niekonsekwencja "Wyborczej". Owszem, pisała o planach Grzelczyka. I dziś pisze o Jankowskim. Gdy jednak w kwietniu w "Panoramie Dolnośląskiej" prof. Jan Waszkiewicz, za PRL znany działacz opozycji, później pierwszy marszałek woj. dolnośląskiego, w długim wywiadzie opowiedział, że nie dostał od IPN statusu osoby pokrzywdzonej, i to zapewne dlatego, że pod koniec lat 60. utrzymywał dwuznaczne kontakty z SB (choć nie donosił) - "Wyborcza" nie uznała tej informacji za temat godny opisania.
A przecież na Dolnym Śląsku prof. Waszkiewicz to postać z pierwszej ligi życia publicznego. O Jaromirze Jankowskim mało kto słyszał.

8 Comments:

At 13 czerwca, 2006 16:40, Anonymous change said...

a mnie osobiście wciąż zastanawia fenomen ogromu emocji jakie wciąż budzi Wyborcza i nieustającego pędu do tropienia jej wpadek i niekonsekwencji :) naprawdę tego nie rozumiem.
cały czas mam wrażenie, że ogromne rzesze "komentatorów" Gazety wmówiły sobie kiedyś, że tylko ona ma receptę i patent na opisywanie CAŁEJ rzeczywistości w PEŁNEJ rozciągłości i ujmując KAŻDY problem ze WSZYSTKICH możliwych punktów widzenia. no i teraz Wyborcza z tego założenia się nie wywiązuje, wobec czego należy jej przy każdej nadarzającej się okazji przywalić.

nie dziwi mnie, że tak jest, ale dziwi mnie, że w takim stopniu dotyczy to tylko jednego medium. przecież równie dobrze moglibyśmy podobne oczekiwania eskalować w stronę telewizji, radia, portali internetowych i tak dalej. ale nie. u nas niemal cały ten ruch jest skierowany w stronę Gazety.

i choćby podobnej, jak opisywana, niekonsekwencji dopuściła się Rzepa, albo np. Newsweek, nikt by nawet nie zwrócił uwagi. o Fakcie nie wspomnę, bo nikt tego nawet nie oczekuje (choć doprawdy, dla tropiciela nierzetelności Fakt byłby prawdziwym eldorado ;). ale skoro tylko problem się tyczy Wyborczej - trzeba go nagłośnić i nadać mu odpowiednią rangę.

i żeby było jasne: nie mam zamiaru bronić Gazety, czasami najzwyczajniej się z zawartymi tam tezami nie zgadzam. ale doprawdy to zagadnienie od dawna mnie fascynuje.

i zastanawiam się jeszcze na koniec, czy to porażka, czy może zwycięstwo Wyborczej. taki np. Fakt, aby wzbudzić kontrowersje, musi się nieźle napocić: coś przeinaczyć, coś przejaskrawić, albo ze statystów uczynić bohaterów ostatniej akcji. a Wyborcza? nic. wystarczy, że napisze cokolwiek, a już wybuchają emocje :)

pozdrawiam Was, tropiciele ;)

 
At 13 czerwca, 2006 18:48, Anonymous Marcin R. said...

Słuchaj change, polecam Ci wywiad z Romanem Graczykiem w ostatnim numerze Ozonu może zrozumiesz, że GW nie jest zwykłą gazetą, ale poważnym graczem na scenie politycznej. Przynajmniej do takiej roli kiedyś pretendowała.
Profesorowie i SB... jako absolwent wrocławskiej polonistyki myślę, że po rozszyfrowaniu TW Konrad nic już mnie nie zaskoczy.

 
At 13 czerwca, 2006 21:31, Anonymous change said...

@marcin
po pierwsze nie zwykłem wyrabiać sobie poglądów w oparciu o jeden głos, w dodatku - w moim osobistym przekonaniu - mało obiektywny i zdystansowany w ocenie GW, bo czuje się przez nią w jakiś sposób pokrzywdzony.

po drugie, zbyt długo zajmuję się zawodowo rynkiem prasowym, by bezkrytycznie przyjmować takie uogólnienia, jak np. to, że "GW jest bardzo poważnym graczem na scenie politycznej". A już stwierdzenie, że do takiej roli jakiekolwiek medium pretenduje lub pretendowało, jest kompletnym nieporozumieniem.

nie znam żadnej ustawy uchwalonej przez Gazetę, ani takiej, która weszłaby w życie podpisana przez Michnika. nie dostrzegam żadnej specjalnie wybranej grupy społecznej, w imieniu której GW by działała. nie przypominam sobie też żadnej akcji, na skutek której dziennikarze Gazety czy pracownicy Agory zostaliby w jakiś szczególny sposób uprzywilejowani. Nikt nie obiecuje wcześniejszych emerytur, zniżek w mandatach czy ulgi podatkowej, do których uprawniałoby bycie czytelnikiem Gazety.

owszem, wywołuje dyskusje, zmusza do myślenia, może budzi kontrowersje, ale to jeszcze nie czyni jej siłą polityczną, bo w rzeczy samej Gazeta nie może podjąć żadnej decyzji, której skutki w jakiś wymierny sposób wpływałyby na jakość życia w naszym kraju.

największym przewinieniem GW wydaje mi się dziś być fakt, że ludzie ją tworzący mają jakieś poglądy. nikomu to nie przeszkadzało, gdy była pierwszym nośnikiem niezależnych informacji i gdy na niej duża część tego narodu uczyła się politycznego dyskursu.

dziś, gdy możemy sobie do woli wybierać w różnych sposobach opisywania rzeczywistości i w różnych punktach widzenia, coraz rzadziej słychać głos, że ktoś się z Gazetą nie zgadza. zamiast niego pojawia się zarzut winy. Gazeta staje się winna temu, że czytelnik miewa inne poglądy na daną sprawę. a jeśli takiej bezpośredniej "winy" brakuje, pojawiają się zarzuty o cokolwiek innego.

tym sposobem dochodzimy do takiego punktu, w którym "dyskusja" przyjmuje mniej więcej taki kształt: "nie zgadzam się z Tobą, ale nie mam zamiaru podejmować rozmowy, bo masz rozwiązane sznurówki".
i żeby było jasne: dotyczy to obu stron, GW nie jest w moim przekonaniu nieskazitelna. przykład Graczyka zdaje się pokazywać, że takie "dyskusje" toczą się w obie strony.

 
At 13 czerwca, 2006 22:37, Anonymous wojtek said...

@change

"nie znam żadnej ustawy uchwalonej przez Gazetę, ani takiej, która weszłaby w życie podpisana przez Michnika."

A dlaczego zaraz uchwalone ustawy? A przygotowywane (te razem z Rywinem) to malo? :))

 
At 14 czerwca, 2006 10:18, Anonymous Marcin R. said...

said pisze o GW "gdy była pierwszym nośnikiem niezależnych informacji i gdy na niej duża część tego narodu uczyła się politycznego dyskursu. " I to jest całe nieszczęście, że powstał mechanizm , który świetnie opisał bodaj ziemkiewicz - jestem inteligentem, bo czytam GW, czytam GW, bo jestem inteligentem.

 
At 14 czerwca, 2006 10:46, Anonymous change said...

ale ja nadal nie rozumiem co w tym złego? z ręką na sercu identyczne zdanie mógłbym powiedzieć o Rzepie. albo o TVN24, Trójce itd. albo o Radiu PIN, gdybym słuchał, ale nie słucham, bo widocznie nie jestem inteligentem ;)
niby to samo zdanie, a kłuje w oczy wyłącznie wówczas, gdy się tyczy Wyborczej. tego właśnie nie rozumiem.

 
At 14 czerwca, 2006 14:35, Blogger jotesz said...

przywoływanie pana ziemkiewicza jest trochę nie na miejscu - kiedyś go czytywałem, gdy pisywał SF, teraz go nie czytuję bo nie lubię jego political fiction - i to miałby być powód do jakiegoś oceniania mnie?
Wyborczą lubię nawet gdy się z nią nie zgadzam, choć akurat najczęściej się zgadzam. A im więcej łatek typu koszerna/salon/układ/łżelity tym chętniej czytam. I to też miałby być powód do jakiegoś oceniania mnie?
Swoją drogą kiedyś panu z. nie przeszkadzało gadać w tok.fm (mi akurat jego dyżury przeszkadzały nadmiarem negatywnych ocen wygłaszanych głosem nieznoszącym sprzeciwu) chyba należącym do Agory... Po podziękowaniu za współpracę zjadliwość w podsrywaniu wyborczej się zwiększyła...

 
At 15 czerwca, 2006 00:04, Anonymous Marcin R said...

To już mój ostatni wpis w tym wątku o GW. Jotesz chyba udaje, że nie wie za co Ziemkiewicz wyleciał z tok fm? Krytykował Michnika. Zbrodnia!
Wczoraj ubawił mnie w GW artykuł P. Rogowskiego o "reprezentancie niemieckiego tygodnika" - Ziemkiewiczu. To jest cymes! Nieprzyzwyczajona do ostrej konkurencji GW dostaje piany na widok springerowskiej prasy i nagle zaczyna szerzyć...ksenofobię.

 

Prześlij komentarz

<< Home