22.7.07

Jarocin reaktywacja cz. II

Armia zagrała z Robertem Brylewskim. Spotkanie po latach mogli oglądać uczestnicy Jarocina 2007.

Od kilku dni brałem się do napisania o Jarocinie. Ta wiadomość natchnęła mnie w sobotnią noc do skreślenia kilku słów. Wątpię by ten koncert był czymś stałym. Chyba charaktery Tomka Budzyńskiego i Roberta nie pozwoliłyby na to w dłuższej perspektywie. Ale widzom koncertu zazdroszczę. Podobno dobre koncerty zagrali też wczoraj Alians i Habakuk.

Ale nie o tym chciałem. Zastanawiam się czy reaktywowany festiwal w Jarocinie ma szansę na przetrwanie. Co roku przecież dziesiątki tysięcy ludzi zbierają się na darmowym Przystanku Woodstock organizowanym przez Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Owsiak jednoznacznie jednak odciął się od muzyki punkowej choć i takie zespoły tam od czasu do czasu występują. Więc może jest to szansa dla Jarocina. Nastawienie się na festiwal punkowy. Ludzie nie będą tam bowiem masowo jeździć na gwiazdy, które mogą zobaczyć na codzień. Z drugiej strony mieszkańcy Jarocina chyba jeszcze dobrze pamiętają demolujących miasto zapijaczonych młodych ludzi, nazywających się punkami i ich walki z policją.

Jak sądzicie czy festiwal w Jarocinie ma jeszcze sens i jaki powinien mieć charakter ? Którą edycję (tu można powspominać) uważacie za najlepszy ? Ja najbardziej pamiętam swój pierwszy raz w 1987 roku ...

2 Comments:

At 23 lipca, 2007 14:55, Anonymous MeeHau said...

Jarocin z punkiem raczej niewiele ma już wspólnego. Czego ja osobiście nie żałuję.

Brylu ze Stopą w "Niezwyciężonym", a Armia bez Banana - Kult w tym samym dniu grał w Radkowie. Zakończyli i rozpoczęli Siekierą!

Izrael nieco słabiej niż we Wrocławiu. Habakuk mnie jak zwykle znudził. Połączenie Twinkle i Trybunie Tutki (które na telebimie żenująco zamienione zostały na Tytki) wyszło arcyciekawie.

Alians naprawdę fajowo, energetycznie i z powerem. Podobnie zresztą Power of Trinity, na które po cichu liczyłe i które mnie ani trochę nie zawiodło.

Warto odnotować także dobry występ Dezertera. Choć liczyłmen na gościnny występ Kasi.

Pogodno mocno poniżej możliwości. Na dodatek chyba na początku poleciały w nich jakieś rzeczy. Ale tego nie widziałem osobiście.

Po raz kolejny nie zrozumiałem euforycznej reakcji publiki na występ Indios Bravos. Znowu pojawił się motyw indiański, znaczy na Open`erze też był, i znowu wydał mi się raczej kiczowatym koszmarkiem niźli fragmentem jakiegoś wyjątkowego performance. Aha, zrobili covera HEYa. Between zabrzmialo dosc specyficznie.

Rojek także do moich ulubieńców nie należy, ale kawałki z jedynego lubianego przeze mnie albumu - Miłość w czasach popkultury - wywowały uśmiech na twarzy. Hey zaczął występ podczas nadpływającej burzy. Grzmiało, błyskało i wiało. Nie padało do czasu... utworu "As the raindrops fall". Dokładnie podczas niego spadł z nieba potok, który przemoczył w większości nieprzygotowaną publiczność. Koncept wystepu polegał na graniu z każdej płyty kilku kawałków. Zamierzenia nie udało się zrealizować, bo z tego co opowiadał kolega, który schronił się w namiocie techników, popaliło im piece, gdy byli w połowie lat 90`. W jednym utworze wystąpił z nimi Piotr Banach.

Kasia próbowała coś powiedzieć, ale jej jak zwykle nie wychodziło. Mnie już ten infantylny image nieco się znudził ;> Ileż można z miną niewiniątka mówić "Dzięki" bawiąc się jednocześnie swoimi palcami w sposób przypominający nieśmiałość przedszkolną.

Zobaczyliśmy także Kazika z Buldogiem, koncertowo trzecie popłuczyny po KNŻ. Nie podoba mi się on za bardzo. Bardzo miło usłyszeć "Tatę dilera", "Legendę Ludową" czy też "Nie mam nogi", ale ten kotlet smakuje tylko dlatego, że zrobił go ktoś inny. Ale dam im kolejną szansę. We wrześniu wystąpią w Alibii. Obejrzę pewnie po raz 4 i znowu ruszy mnie przy niebuldogowych piosenkach. No i fajnie posłuchać Piosenki Młodych Wioślarzy w wersji z pierwszego singla.

Na koniec zostali Koledzy czyli Maciek Maleńczuk i Wojtek Waglewski wspomagani przez Kubę Rutkowskiego na perkusji oraz harmonijkę i sekcję detą. Bardzo miły występ. Pan Wojtek chyba nieco hamuje Maćka. Stonowany i ciepły klimat był niezłym zakończeniem wieczoru. Szczególnie że ładnie zabrzmiała dedykacja Wojtka Waglewskiego dla zmarłych w wypadku pielgrzymów. Kilka utworów wyszło świetnie (Praca na saxach, Komu dzwonią, Bo Bóg dokopie oraz singlowi Koledzy) kilka nieco mniej świetnie (Can't Judge Book oraz Biust) ale także bardzo dobrze. Zabrakło mi "Adama".

Ten duet brzmi świetnie. Naprawdę nie żałuję, że wyczekałem na sam koniec. Mimo obaw mojego kolegi, że MM&WW będą śpiewać do błota, sproa część publiki także wytrzymała do samego końca.

Idę spać. Nieprzespana noc za mną. Na dodatek pociąg po wyjeździe z Jarocina się zepsuł i po 2 godzinach czekania odholowano nas z powrotem do Jarocina, skąd wieziono nas dusznym autobusem do Milicza. Podróż przedłużyła się z dwóch do czterech godzin. Ale i tak warto było.

 
At 23 lipca, 2007 17:46, Blogger pinio said...

meehau:
dzięki za relację, aż żałuję, że nie byłem. Bardzo jestem ciekawy Tutków i Twinkle bo nie widziałem ich nigdy na żywo a płyta mnie niegdyś zachwycała! dezerter sam w sobie jest klasą i chyba słabych koncertów nie ma. Natomiast Indios Bravos mnie może też nie zachwyca (oprócz znakomitej preróbki "Może kiedyś..." Dum Dum") ale za wszelkie stare zespoły Banacha (Kumader, Kolaboranci, Dum Dum, Punczesyny) wielki szacunek dla niego !

 

Prześlij komentarz

<< Home