30.3.09

Czy walka małego sklepu z dużym bankiem okaże się starciem wielkich korporacji?

Bardzo ciekawy casus społeczno-gospodarczy na wrocławskim Biskupinie (dla tych, co nie wiedzą - to ta dzielnica, gdzie powstały Money.pl i Nasza-klasa.pl).

Jest sobie niewielki sklep mięsny o nazwie "Rarytas". Ponoć niezły. Z zewnątrz niepozorny. Może tylko wyróżnia się tym, że z wystawy wdzięczą się do nas duża plastikowa świnia i takaż krowa.

Tydzień temu "Rarytas" trafił na czołówkę miejscowej "Gazety Wyborczej". W tekście "Biskupin broni się przed bankową inwazją" Agata Saraczyńska opisuje szczegółowo walkę "Rarytasu" o przetrwanie. Rzecz w tym, że lokal zajmowany przez sklep ma być niebawem przekazany nowemu właścicielowi - Lukas Bankowi. Dlaczego? Bo bank jest gotów płacić więcej za wynajem.

Agata Saraczyńska wskazuje - skądinąd słusznie - że byłby to już czwarty bank w okolicy. Pytani przez nią klienci mięsnego zarzekają się, że nie chcą żyć "w dzielnicy bankowej". A "Rarytas" jest cool. "Pod petycją w obronie sklepu (...) w ciągu doby podpisało się blisko 300 osób" - pisze "GW".

W komentarzu pod tekstem Saraczyńska przywołuje klasyków punk rocka i pisze tak:

"Na ulicy Bankowej morderczy panuje spokój" - śpiewała punkowa kapela Dezerter. Choć, teoretycznie, bank w sąsiedztwie to wygoda, cisza i spokój, to życie miejskie na tym traci. Mieszkańcy Biskupina nie chcą daleko chodzić po bułki, kiełbasę i pietruszkę. I mają do tego prawo - bo to oni tu mieszkają! Nie chcą, by ich ulica wyglądała jak rynek w Opolu, warszawski plac Wilsona, czy słynna, martwa berlińska Leipzigerstrasse. Tam, w okowach eleganckich marmurów, umiera miasto.

Tytuł komentarza: "Nie mordujcie miasta".

Dzień później o proteście w obronie "Rarytasu" opowiada w obszernym wywiadzie dla "GW" dr Iwona Borowik z Zakładu Socjologii Miasta i Wsi Uniwersytetu Wrocławskiego. Jej zdaniem, akcja klientów mięsnego to "naturalny i pozytywny odruch". Dalej Borowik mówi m.in.: - Banków jest zdecydowanie za dużo. Dobre warunki życia oznaczają, że wokół domu istnieje jak najwięcej zróżnicowanych usług, a nie przewaga jednego rodzaju działalności. Poziom zadowolenia z jakości życia będzie spadać coraz bardziej, wraz z pojawianiem się kolejnych usług finansowych kosztem sklepów z artykułami codziennej potrzeby. Właściciele nieruchomości patrzą jednak na doraźne korzyści ekonomiczne, a nie efekt społeczny.

Wszystko to razem brzmi jak porządna, antykapitalistyczna czytanka. Mały osiedlowy sklep, broniący go zwykli ludzie, a naprzeciwko nich wstrętny, wielki bank. I właściciel lokalu, którego interesuje tylko kasa, a nie "wartości wspólnototwórcze".

Dyskusja na ten temat rozgorzała także w DolnymSlasku24.info. Sprowokował ją Marek Natusiewicz krótkim wpisem, w którym wzywa wrocławską radę miejską do uchwalenia przepisów umożliwiających sprzedaż małych lokali usługowych dotychczasowym najemcom na korzystnych warunkach. W dyskusji przeważają głosy utrzymane w duchu tekstów Agaty Saraczyńskiej - a więc że oto dzieje się krzywda lokalnej społeczności, zaś sklep mięsny jest "wspólnototwórczy", podczas gdy bank "zabija miasto" (to nie cytaty z dyskusji, ale moja jej luźna interpretacja).

Uczestniczę w tej wymianie zdań. Przekonuję, że zamiana "Rarytasu" na bank nie ma żadnego znaczenia dla Biskupina.

I oto niespodzianka. Jest poniedziałek wieczór. Przechodzę obok "Rarytasu". I co widzę na jego drzwiach i witrynie? Odezwę. Ale tym razem nie w obronie sklepu, a przeciwko niemu. Oto ona:


Napisałem o niej na stronie Radia Wrocław.

Nie wiem, kto zamieścił tę odezwę. Ale każe ona przypuszczać, że walka o "Rarytas" nie jest tak czarno-biała, jak mogłoby to wynikać z tekstów w "GW".

Przy okazji przyjrzałem się drugiej stronie sporu. Do kogo należy "Rarytas"? W pierwszym z cytowanych tekstów Agaty Saraczyńskiej wypowiada się m.in. "Jerzy Iwachów, prezes hurtowni Veria, która prowadzi sklep". Zajrzyjcie na jej stronę. Sama o sobie pisze tak: "Jesteśmy jedną z największych hurtowni na Dolnym Śląsku specjalizujących się w sprzedaży, dystrybucji wędlin, mięsa i drobiu. (...) Systematycznie rozszerzamy zakres działalności zarówno na terenie Wrocławia i Dolnego Śląska. Współpracujemy z naszymi zachodnimi sąsiadami importując produkty".

Jak dowiadujemy się w innym miejscu strony, "Rarytas" to nie jeden sklep, a sieć sklepów - jest ich sześć (fakt: niewiele, więc to żaden gigant). Partnerami firmy są liczne zakłady mięsne. Na czele ich listy znajdziemy Sokołów.

Zresztą w tekście w "GW" znajdziemy i taki passus: "W Rarytasie robią zakupy nie tylko okoliczni mieszkańcy. Po sokołowskie wędliny przyjeżdżają tu także ludzie z Sępolna. Obroty są duże, a w piątki ustawiają się kolejki".

Skoro więc specjalnością "Rarytasu" są wędliny z Sokołowa, to zobaczmy, kto za tym stoi :) Sama Veria wydaje się firmą średniej wielkości. Ale Sokołów już taki nie jest. Należy do spółki Saturn Nordic Holding AB z siedzibą w szwedzkim Göteborgu. Jej właścicielami są: Danish Crown AmbA ("największy eksporter mięsa na świecie") oraz HKScan Group Oyj ("jeden z największych producentów mięsa w regionie Morza Bałtyckiego"). [Informacje oraz cytaty - za stroną Sokołowa].

Czego zatem bronią obrońcy "Rarytasu"? Małego sklepu osiedlowego? A może raczej - że użyję sformułowania rodem z punkowego fanzina - ekspozytury globalnej korporacji handlującej mięsem?

Żeby było jeszcze bardziej skomplikowanie, to przypomnę, że Lukas Bank powstał we Wrocławiu. A jego twórca leży na jednym z wrocławskich cmentarzy.

Zgadnijcie w jakiej dzielnicy miasta jest ten cmentarz.



(P.S.: Proszę nie traktować tego tekstu jako ataku na "Rarytas", czy Sokołów, ani jako obrony Lukas Banku. To tylko pewne ćwiczenie intelektualne. Takie są realia kapitalizmu - czy tego chcemy, czy nie).

22 Comments:

At 30 marca, 2009 23:26, Blogger pinio said...

Nie takiego komentarza pewnie oczekuje Łukasz. Ale jestem przeciwnikiem i koncernów, które mordują zwierzęta by zarabiać zalane krwią pieniądze i banków, które są w stanie finansowo wyeliminować wszystkich innych konkurentów. Widzę to u siebie przy Placu Kościuszki we Wrocławiu. Banki, które łamią wszelkie zasady. W mojej kamienicy pojawiły się dwa wielkie wentylatory mimo, że nie uzyskał bank zgody wspólnoty.
Dlatego mam nadzieję, że ani bank ani rzeźnik nie dostanie tego lokalu.

 
At 30 marca, 2009 23:36, Blogger Łukasz said...

Pinio,

Jeśli zgoda wspólnoty na wentylatory była obligatoryjna, to chyba powinniście podać bank do sądu...?

Swoją drogą, intuicja podpowiada mi, że w obronie owego "Rarytasu" nie chodzi tak naprawdę o mięsny, a po prostu o maksymalizację liczby sklepów w najbliższej okolicy. Pamiętam jak wiele, wiele lat temu grupa punko-lewaków (w tym trochę i ja) podjęła spontaniczną próbę przekształcenia budynku po dawnej restauracji "Saskiej" w legalny skłot. To też Biskupin, ta sama ul. Olszewskiego, kilkaset metrów od "Rarytasu". Przy okazji tej akcji doszło do czegoś w rodzaju spotkania z okolicznymi mieszkańcami przy samej ex-"Saskiej". Przyszło może kilka-kilkanaście osób. Wśród nich pani w wieku bardzo dojrzałym, która stwierdziła, że jak dla niej, najlepszy w tym miejscu byłby sklep.

Tymczasem najbliższy ówczesny spożywczak był ze 100 metrów dalej.

 
At 31 marca, 2009 10:06, Anonymous Anonimowy said...

Śmieszy mnie dorabianie socjologicznych ideologii do różnego rodzaju zjawisk, jak to zrobiono w GW. A prawda jest jedna i brutalna - za 3 tygodnie nikt nie będzie o tym pamiętał, tak jak nikt w samej GW nie pamięta,że ileś tam lat temu pisali i popierali mieszkańców protestujących przeciwko właśnie temu sklepowi, co wynalazał ktoś na forum.

 
At 31 marca, 2009 10:07, Anonymous Olgierd said...

Te mięso to pewnie z amazońskich lam albo anakond jest ;-)

 
At 31 marca, 2009 12:08, Anonymous Pbn said...

> Uczestniczę w tej wymianie zdań.
> Przekonuję, że zamiana "Rarytasu" na > bank nie ma żadnego znaczenia dla
> Biskupina.

Pewnie i racja: miesny a bank to nie taka znowu duza roznica. Gorzej by bylo, gdyby bank chcial sie usadowic w miejsce pobliskiej biblioteki, ktora pod wzgledem spolecznoscio-tworczym jest byc moze najwazniejszym miejscem na calym Biskupinie (poza targiem na Bacciarellego).

Nie sposob jednak nie wkurzac sie tym, ze bankow na Biskupinie jest co najmniej 6 (a pewnie i wiecej), natomiast miejsc, gdzie mozna spozyc wieczorowa pora piwo i spotkac sasiadow, ledwie 2.

Co wiecej, nie wiadomo, ile jeszcze tych bankow powstanie. Znam miejsca (plac Bema), gdzie w ciagu roku banki "wyrzucily" polowe sklepow, w tym jakze kultowy nocny.

Pocieszam sie tylko jednym. Kiedys bedzie co palic... :)

 
At 31 marca, 2009 12:13, Blogger pinio said...

pbn:
podobnie jest na Placu Kościuszki.
Padła kwiaciarnia - bank,padł złotniczy - bank, nie pamiętam już co było w miejscu obecnego PKO SA.
Aż dziw, że trzyma się jeszcze "Złe wychowanie", ale tam od lipca nic się nie dzieje. To zresztą temat na osobny wpis.

a a propo palenia, masz na myśli, parafrazując "Wrocław dzień zemsty, niech spłonie ciała ziemia" ? 8-)

 
At 31 marca, 2009 12:14, Blogger pinio said...

Łukasz:
nasza wspólnota właśnie zamierza tak zrobić i bank pozwie.

 
At 31 marca, 2009 22:28, Blogger Alfons Rytka said...

Chyba istotą tej sprawy nie jest o korporacyjność vs zwykły sklepik osiedlowy, ale o urbanizm i o tym, że banki zabijają miasto. W tym sensie, że nie działają na ludzi społecznie, przynajmniej się nie przyczyniają do takich działań, nie pełnią funkcji "kulturotwórczej". W korporacyjnym mięsnym można częściej spotkać sąsiada i pogadać o tym, że bank nielegalnie postawił wentylatory:) niż w korporacyjnym banku. Moim powinno być więcej takich miejsc, gdzie można z sąsiadem pogadać i to nie tylko w centrum.

 
At 01 kwietnia, 2009 11:15, Anonymous Anonimowy said...

w tym przypadku opowiadam się za bankiem. Będzie miał odpowiednią liczbę klientów w tym pubkcie - znaczy potrzebny był. Nie będzie - to szybciutko zwinie manele, bo ponoć kryzys w bankowości jest i tnie się koszty :)

 
At 01 kwietnia, 2009 11:18, Anonymous Anonimowy said...

"Ale jestem przeciwnikiem i koncernów, które mordują zwierzęta"

co do koncernów - od biedy się zgodzę, ale bynajmniej nie dlatego że zwierzęta zabijają. Z porządnego schabowego z kapustą rezygnować nie zamierzam

 
At 01 kwietnia, 2009 11:21, OpenID analogicznie said...

tak
schabowy albo karkowka rzadza
podobnie jak wedzony boczek, ale coraz trudniej o taki, ktory nie jest namoczony w wodzie

a w temacie expansjii to jeszcze sie Mazurek dolozyl

 
At 01 kwietnia, 2009 11:22, OpenID analogicznie said...

ups! Zalewski, nie mazurek
sie mi w jedno zlewaja ;)

 
At 01 kwietnia, 2009 13:06, Blogger Łukasz said...

@ Alfons Rytka,

Co ma wspólnego mięsny z sąsiedzkimi pogawędkami? W banku też mogę spotkać sąsiada. Jeśli zaś idę do mięsnego, to nie na pogawędki z sąsiadami, a po mięso. Jeśli mam ochotę pogadać z sąsiadem, to prędzej umówię się z nim w pobliskiej kawiarni, albo na ławce przed domem.

Muszę powiedzieć, że to jeden z najdziwaczniejszych argumentów wysuwanych w obronie tzw. małego handlu - że oto małe sklepy to miejsca, gdzie można "pogadać z sąsiadem i/lub ze sprzedawcą", "nawiązywać kontakty" itd. Jak dla mnie, nie ma nic bardziej irytującego w sklepie niż ludzie, którzy zamiast kupować i płacić zaczynają sobie gawędzić i blokują ruch. Dlatego wolę tzw. handel wielkopowierzchniowy z jego zdrową anonimowością, która sprzyja tej całkiem trywialnej czynności, jaką jest kupowanie chleba, masła, mięsa/soi (niepotrzebne skreślić), jabłek, mydła, szamponu i skarpet. Sklep to nie kawiarnia, ani centrum rozrywki. To po prostu sklep. Wchodzisz, kupujesz, wychodzisz.

 
At 01 kwietnia, 2009 19:03, Blogger Alfons Rytka said...

@Łukasz
A wiesz dlaczego lubisz anonimowość i wielkopowierzchniowe sklepy? Bo jesteś zarażony głupotą neoliberalizmu:)
Mi raczej chodziło o taki typ miejsca, który służy zacieśnianiu kontaktów międzyludzkich i wydaje mi się, że mięsny bardziej się do tego nadaje niż bank. Poza tym do mięsnego, myślę, że pewnie więcej osób chodzi i częściej niż do banków. Do zacieśniania więzi oczywiście nadaje się najbardziej kawiarnia/restauracja/pub/klub, no i bliżej tego typu są wszystkie sklepy około spożywcze.
No i jak ktoś pisał wyżej, miejsca typu k/r/p/k są na Biskupinie zaledwie dwa. Myślę, że ekspansja banków nie służy większej ilości takich miejsc, szczególnie, że bank może przebić każdego, a to, że rarytas jest tego ofiarą to tylko przypadek.

 
At 01 kwietnia, 2009 23:26, Blogger Łukasz said...

@ Alfons Rytka,

A ja mam wrażenie, że jesteś lewackim idiotą :)

Ale ad rem. Oczywiście, mięsny tak samo nadaje się do "zacieśniania więzów międzyludzkich" jak oddział banku. Proszę, wytłumacz mi, dlaczego sprzedaż pożyczki, albo lokaty jest jakościowo odmienna od sprzedaży szynki, albo salcesonu. Dlaczego pan(i) w banku jest jakościowo inny/inna od pana/pani za ladą w mięsnym. I dlaczego kolejka w banku jest jakościowo odmienna od tej w mięsnym.

Dlaczego?

Natomiast w pełni zgadzam się - zarówno z Tobą, jak i z PBN - że miejscem, gdzie naprawdę zacieśniają się kontakty międzyludzkie jest kawiarnia/restauracja/pub. Tego typu lokali jest na Biskupinie jak na lekarstwo. To fakt.

Dlaczego tak jest?

Bo to typ lokalu wyjątkowo uciążliwego dla otoczenia. Z tego powodu taka np. "Kasieńka" (de facto jedyna knajpa na Biskupinie) zwija swój letni ogródek o 22.00. Cisza nocna!

Prawda jest taka, że na takich osiedlach żadna wyidealizowana wspólnota sąsiedzka nie istnieje. To czysto wirtualny twór publicystyczny. "Real" jest taki, że wszyscy siedzą w domach i chcą mieć święty spokój. No i jak najgęstszą sieć prostego handlu i usług. Czyli: maximum spożywczaków, ale minimum knajp i usług-nie-pierwszej-potrzeby.

 
At 02 kwietnia, 2009 11:09, Anonymous Pbn said...

> Dlaczego pan(i) w banku jest
> jakościowo inny/inna od pana/pani za
> ladą w mięsnym. I dlaczego kolejka w
> banku jest jakościowo odmienna od tej
> w mięsnym.

Jak mawia chinskie przyslowie: lepiej raz pokazac niz sto razy tlumaczyc. No wiec, polecam pojsc do piekarni na Bema a potem przejsc na druga strone ulicy i wejsc do Polbanku.

Troche tu oszukuje, bo piekarnia na Bema to wyjatkowo kulturotworcze miejsce i pewnie Rarytas ma sie nijak do tego. Ja w ogole nie chce pisac o Rarytasie, bo malo znam ten sklep. Natomiast roznice bywaja. Oczywiscie - mozna sobie wyobrazic bardzo "kulturotworczy" oddzial banku, ale ... niech mi ktos taki pokaze.

O to chodzi, ze te nowe miejsca - banki, sklepy (zwlaszcza te duze) sa pomyslane wlasnie tak, jak pisze Lukasz: zeby wszystko sprawnie zalatwic, nikt ci dupy nie zawracal itd.

Nie moge powiedziec - wywiazuja sie ze swej roli znakomicie. Tylko, ze ja nie chce, zeby mi nikt dupy nie zawracal. Lubie przypadkowe rozmowy z ludzmi, lubie posluchac jak mi sklepowa nasciemnia albo wspol-kolejkowicz opowie jakas mrozaca krew w zylach historie. Lubie miec zawracana dupe, chocbym mial tracic przez to czas. I mysle, ze nie jestem osamotniony.

Nie jestem przeciwnikiem anonimowosci, wielkich sklepow, itp. Ale boli mnie, ze miejsc, ktore nie promuja anonimowosci, jest we Wroclawiu coraz mniej. Nie ma juz targowiska na Grunwaldzie, Niskich Lak. Nawet knajpy - sa przeciez takie, gdzie idzie sie tylko pic piwo albo takie, gdzie idzie sie porozmawiac z obcymi ludzmi. Do tych drugich nalezala legendarna Arka na placu sw. Macieja czy Jola na Szczytnickiej. Tych miejsc od paru lat juz nie ma a innych takich w centrum nie znalazlem.

Ludzie nie rozmawiaja ze soba, bo nie maja gdzie. I dlatego "w realu" to wyglada tak, ze siedza w domu przed telewizorem i maja wszystko w dupie.

 
At 02 kwietnia, 2009 12:31, Blogger Łukasz said...

PBN,

Różnica między nami polega na tym, że Ty jesteś pesymistą, a ja - przeciwnie :)

Otóż najbardziej wspólnototwórczym miejscem, jakie mogę sobie wyobrazić jest to, w którym właśnie obaj ze sobą rozmawiamy. A więc pewien zakamarek internetu.

Możemy w nim rozmawiać nie opuszczając naszych nor. Ale możemy też w każdej chwili umówić się za jego pośrednictwem "w realu" (no chyba że jesteś gdzieś daleko ode mnie).

Ty lubisz gadać z ludźmi w sklepach, ja nie. I OK. Ale to tylko nasze preferencje. Nie ma w tym żadnej głębszej filozofii.

Piekarnia na Bema jest rzeczywiście b.znana. Ale czy jest "kulturotwórcza"? Sam wiesz lepiej. Czy jest jakiś "kulturotwórczy" oddział banku? Nie wiem, nie sądzę, nie dbam o to. Oddział banku jest po to, by w nim coś sprawnie załatwić i szybko wyjść. Jak sklep.

 
At 02 kwietnia, 2009 17:39, Anonymous pracownik veria said...

Witam, jestem pracownikiem tej firmy i pracowalem juz w tamtym okresie i wiem jak to bylo, firma wykonywala pomiary specjalnie na swoj koszt i co wykazalo ze nie ma zadnych przeciwwskazan do tego ze jest za glosno, a druga sprawa to ze ludzie pisza ze o 5;30 tluka sie dostawcy to absurd, bo w sklepie przebywaja pracownicy dopiero od godz. 6;00 - 7;00 a juz nikt nie napisze ze po 6 bo to juzk koniec ciszy nocnej. co do kartek wywieszanych to jest taki jeden czlowiek ktory ma pierdolca i po prostu podpisuje sie pod wszystkimi, pomyslnie logicznie gdyby ten sklep byl gownem to taka prawda ze nie podpisaloby sie tyle ludzi to po pierwsze, a po drugie sklep juz dawno by sie zamknal ! bo ma wokol siebie konkurencje PSS czy chata polska wiec gadanie takie gadanie to istna propaganda moze to pisza ludzie z lucasu a moze jeden z durnowatych mieszkancow kamienicy wracajac do tematu to sklep przynosi ma spore obroty gdyby tak nie bylo to z pewnoscia dawno by sie zamknal bo po co dokladac do interesow, widac tutaj ze ludzie czasami jednak nie mysla logicznie

pozdrawiam

 
At 02 kwietnia, 2009 18:23, Blogger Łukasz said...

@ pracownik veria,

Bardzo dziękuję za komentarz! Zwłaszcza za polemikę z protestem przeciwko "Rarytasowi".

Cenne jest także przypomnienie, że "Rarytas" działa w otoczeniu konkurencyjnym. Z jednej strony ma "Społem", z drugiej - nieco dalej - "Chatę Polską" (a nawet dwie "Chaty", bo kolejna jest jakieś 200 metrów dalej). Pisząc o tej rywalizacji i wspominając o dużych obrotach sklepu wskazał Pan na jego biznesowe, nie zaś "wspólnototwórcze" nastawienie.

Nie chcę przez to powiedzieć, że te dwie postawy muszą być sprzeczne. Że jedna wyklucza drugą. Uważam po prostu, że cała ta "wspólnototwórcza" mitologia obrońców "Rarytasu" przesłania prosty fakt, że celem działania sklepu jest przede wszystkim dobry biznes.

W tym sensie "Rarytas" i Lukas Bank "w jednym stały domu".

 
At 02 kwietnia, 2009 21:45, Anonymous mk said...

A mnie się wydaje, że zarówno mięsny, jak i bank, to jeden, z przeproszeniem, wój. I to co powyżej napisał Łukasz: oba to biznes i oba są po to, żeby wyciągnąć dutki, a nie "kulturotworzyć". Niezależnie od tego, jak wspaniałe wizje i misje ma na www centrala, na tym poziomie chodzi _tylko_ o zysk.
Jeśli mieszkałbym nad Rarytasem, wolałbym chyba bank: z mięsnego zawsze śmierdzi; jestem ciekawy, jak toczyłaby się ta dyskusja, jeśli to nie byłaby jatka, tylko np. jakaś sieciowa jadłodajnia wegetariańska.

 
At 03 kwietnia, 2009 08:29, Blogger heimdall.laik said...

tak, tak...najlepiej przepisami wszystko kontrolowac... urodizlem sie na Sepolnie i spedzilem na nim wiekszosc mojego zycia, rownie bliski jest mi Biskupin i dobrze pamietam narzekania mieszkancow na brak oddzialow bankowych, w ktorych mogliby zalatwiac swoje sprawy...swiat staje na glowie, a ludize zyja dalej w jakiejs absurdalnej perelowskiej swiadomosci...

 
At 28 sierpnia, 2009 12:35, Blogger Kuki said...

Ten komentarz został usunięty przez autora.

 

Prześlij komentarz

<< Home