24.9.09

W Polsce właśnie wybuchła wojna o nowe pojmowanie praw autorskich

"Złodziej", "bolszewickie pomysły" - takie inwektywy usłyszał podobno pod swoim adresem Jarosław Lipszyc, propagator wolnych licencji i swobodnego dostępu do tzw. dóbr kultury, prezes Fundacji Nowoczesna Polska. Te sympatyczne określenia nie padły pod jego adresem w jakiejś spelunie. Ani podczas meczu piłkarskiego. Ani w ciemnym parku.

Lipszyc usłyszał je na trwającym właśnie w Krakowie Kongresie Kultury Polskiej. Od przedstawicieli szeroko pojętego świata tzw. kultury.

Jako pierwszy napisał o tym Edwin Bendyk z "Polityki", publicysta, apostoł nowej cywilizacji, który tak m.in. opisuje pierwszy dzień Kongresu:
Ciekawe jest zarówno to co się mówi podczas wystąpień plenarnych, to o czym się dyskutuje podczas seminariów specjalistycznych ale najciekawsze jest to, co się mówi w kuluarach i czego się nie mówi. A nie mówi się wielu rzeczy, bo w programie zabrakło miejsca dla wielu przejawów żywej kultury, która nie zmieściła się w horyzoncie postrzegania komitetu programowego kierowanego przez prof. Piotra Sztompkę. Nie ma niemal nic o organizacjach społecznych i nowych formach kultury dziejącej się poza oficjalnym obiegiem. Tematy kluczowe, jak kwestia praw autorskich zostały opanowane przez kartel organizacji zbiorowego zarządzania. Biedny Jarek Lipszyc, który miał wprowadzenie do dyskusji w panelu o prawach został rozjechany, a jego egzekucja przypominała "ustawkę", jakby wszystko było z góry zaplanowane.
Ten wątek podjął w blogu Piotr "VaGla" Waglowski, najbardziej znany polski spec od prawnych aspektów działania internetu. W jego wpisie znajdziemy zapis wideo z kongresowego wystąpienia Lipszyca oraz pakiet stosownych linków. "VaGla" dodaje:
Jarosław Lipszyc "wrzuca" właśnie do internetu kolejne nagrania, więc - być może - będzie można zobaczyć również akt egzekucji, który ponoć następował etapami (w kolejnych wystąpieniach osób komentujących wstęp padło ponoć zarówno "złodziej", jak i "bolszewik")...
Tak oto do Polski dotarła wojna, która trwa już na dobre na Zachodzie. Po jednej stronie barykady jest świat internetu, w którym normą jest swobodna wymiana i remiksowanie "dóbr kultury". Po drugiej stronie są właściciele i zarządcy praw autorskich. Kolejne bitwy tej wojny prowadzone są o serwisy P2P (na czele ze słynnym The Pirate Bay), o utwory zamieszczane w takich miejscach jak YouTube, tudzież np. o projekt Google Books. Arenami bojów są m.in. sądy i parlamenty. Wśród uczestników sporu znajdziemy władze Francji i Komisję Europejską.

Atak na Jarosława Lipszyca oznacza, że po raz kolejny duże instytucje kultury udają, że nie dostrzegają rewolucyjnych zmian, jakie zaszły w - że tak powiem - formach zaangażowania zwykłych ludzi w tworzenie i odbiór sztuki. Ale też np. w formach przekazu treści przez media. Ministerstwo kultury w zasadzie nie zauważyło internetu nie tylko w swoim projekcie ustawy medialnej, ale też podczas niedawnej debaty o przyszłości mediów - co odnotował Dominik Kaznowski.

Zdecydowanie popieram liberalizację reżimu praw autorskich. Zdecydowanie opowiadam się za taką definicją mediów publicznych, która na pierwszym miejscu uwzględni internet - i to w jego interaktywnej formule.

Atak na Lipszyca (którego - żeby było jasne - w ogóle nie znam) traktuję jako casus belli. Powalczmy więc - jak kto może. Punktem dojścia są zmiany w polskim prawie.

5 Comments:

At 24 września, 2009 23:40, Blogger triskaidekafil said...

Środowisko internautów jest specyficzną grupą - gotowe na gwałtowne zrywy i szybko zapominające o tym, o co tak żarliwie walczyło jeszcze nie tak dawno. Są nieliczne wyjątki cierpliwie i wiernie dążące do osiągnięcia założonych wiele lat temu celów, konsekwentnie realizujący swoją "misję" i starający się zarazić tym innych - ale nadal są to jedynie wyjątki. Także marnie widzę tę walkę. Ale czas pokaże, jak się to wszystko rozwinie. Może zmiany w tych kwestiach "wprowadzą się same", zostaną z czasem niejako wymuszone przez samą rzeczywistość (już teraz pojawiają się artyści, którzy swoje utwory "wypuszczają" albo głównie, albo nawet i jedynie w wirtualnym świecie - rezygnując z tradycyjnych nośników). Poczekamy - zobaczymy.

 
At 25 września, 2009 00:20, Blogger roody102 said...

Dobrze, że Kazika nie zaprosili, bo dopiero by Lipszycowi powiedział ;)

 
At 25 września, 2009 09:05, Blogger Olgierd said...

Albo Kukiza ;-)

 
At 25 września, 2009 15:06, Blogger roody102 said...

Kazik, jak się dziś okazuje, mógłby nawet doprowadzić do jego aresztowania ;)

 
At 25 września, 2009 15:26, Blogger Patrycja said...

Nie ma czegoś takie jak środowisko internautów reprezentujące jedną zbiorową i homogeniczną ideę czy interesy. Internet to miejsce gdzie spotyka się wiele różnych grup społecznych reprezentujących całe spektrum poglądów, upodobań i zapatrywań (dlatego z rozbawieniem natknęłam się ostatnio na mikry projekt założenia partii internautów opartej tylko o samo uczestnictwo w korzystaniu z tego medium). I Kazik i Kukiz też zdaje się z netu korzystają i też są internautami - a mogą kompletnie nie podzielać opinii choćby 80. procent innych internautów.
I prawda jest taka, że Kulturalni Kongresmani:-) rzeczywiście nie tylko nie dostrzegają internetu, ale nawet nie są w stanie (albo nie chcą) wyobrazić sobie jak można wykorzystać jego możliwości do zarobkowania w dalszej perspektywie (jeśli już przy mamonie jesteśmy - bo wszak chodzi o tantiemy).
A swoją drogą - skąd tyle "randyzmu" w naszych artystach:-)

 

Prześlij komentarz

<< Home