18.6.09

Wojciech Jankowski: kumple potrzebują zarobić

"Polska 2030. Wyzwania rozwojowe", tak zatytułowany został dokument opracowany przez zespół doradców strategicznych szefa rządu, kierowany przez Michała Boniego. Michał Boni i inni doradcy strategiczni przewidują to, co będzie się dziać w Polsce w najbliższym dwudziestoleciu i planują strategiczne posunięcia rządu na najbliższe dwie dekady. Dokument publicznie zaprezentował 17 czerwca sam premier Donald Tusk.

Nasuwa się kilka pytań. Kto, nie dwadzieścia a dziesięć albo niech będzie i pięć lat temu, przewidział obecny światowy kryzys gospodarczy? Kto sześć lat temu przewidywał wielki boom w nieruchomościach w USA, który skończył się dzisiejszym kryzysem? Kto w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku przewidział gwałtowny rozwój firm komputerowych oraz kryzys lat dziewięćdziesiątych wywołany nadmiernymi oczekiwaniami wobec nich?
Pogląd, że przyszłość jest nieprzewidywalna ostatecznie ugruntował się w światowej myśli politycznej, gospodarczej i społecznej w czasie kryzysu energetycznego w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Upadła wtedy świetnie wcześniej rozwijająca się dyscyplina nauki zwana futurologią: nikt poważny nie chciał się nią zajmować, powszechne stały się kpiny z futurologów, że fałszywe okazały się wszystkie ich przewidywania.

W Polsce plany trzyletnie, pięcioletnie i sześcioletnie jakoś komunistom nie wychodziły, choć bardzo się starali, do kary śmierci włącznie. Wydawałoby się, że światowe i rodzime doświadczenia wystarczą, żeby odrzucić bzdurę wieloletnich planów. Ale gminy, powiaty, samorządy wojewódzkie wciąż na wyprzódki zlecają opracowanie dokumentów zwanych „strategiami rozwoju”. Na pięć lat, na dziesięć albo i na dłużej. Potem dokumenty te omawia się szumnie na przeróżnych sesjach, następnie – najpóźniej po roku – okazuje się, że wszystko poszło inaczej niż przewidywali gminni albo powiatowi stratedzy, więc dokument chowa się do szuflady i skrupulatnie o nim zapomina.

Pamiętają jedynie autorzy – kumple tych, co rządzą – bo na opracowywaniu strategii bez wysiłku zarabia się wielkie pieniądze wypłacane z budżetu. To, że kumple rządzących muszą dużo, szybko i łatwo zarobić jest jedyną przyczyną bujnego rozwoju zupełnie nikomu do niczego nieprzydatnych dokumentów zwanych „strategiami rozwoju”. Dotąd rozwijały się na szczeblu gminnym, powiatowym czy wojewódzkim a teraz i na rządowym. Kumple już zarobili. Napisali, co będzie za lat pięć, za dziesięć, za piętnaście i nawet za dwadzieścia jakby mieli o tym pojęcie. Wzięli gotówkę z budżetu. Teraz zaczął się etap prezentacji dokumentów i dyskusji, żeby uzasadnić te wysokie wypłaty. Mniej więcej za rok okaże się, że przewidywania rozmijają się z rzeczywistością. Dokument dyskretnie powędruje do szuflady.

A niebawem znów będą wybory. I nowy rząd. I nowi kumple, co potrzebują zarobić. I nowa strategia na nowe dwadzieścia lat.

Wojciech Jankowski

Etykiety: , , ,

15.6.09

Wojciech Jankowski: ekoszwindel nie wyszedł

Dokładnie dwa miesiące temu pisałem o „podatku ekologicznym” od samochodów ostro forsowanym przez lobby sprzedawców nowych aut. Podatek płaciliby co roku właściciele samochodów, a miałby być tym wyższy, im auto byłoby starsze. Że niby starsze auta bardziej zanieczyszczają środowisko.
Rezultaty takiego podatku można było łatwo przewidzieć: wzrosłaby sprzedaż nowych aut, i o to właśnie chodziło lobbystom oraz tym, co ich wynajęli. Podatek rykoszetem odbiłby się na ludziach najuboższych – właścicielach najstarszych samochodów – musieliby się ich pozbyć, bo nie stać ich byłoby na podatek, szczególnie dla ich samochodów wysoki.
Dziś „Gazeta Prawna” poinformowała, że Ministerstwo Gospodarki, a ściślej ministerialny Zespół do spraw Przemysłu Motoryzacyjnego nie pracuje już nad takim podatkiem, a więc nikt go wprowadzać nie będzie. 5 Władza nie była jedyna, która o tym podatku pisała mocno krytycznie, ale należała do pierwszych spośród tych, co temat podjęli. Możemy więc mieć satysfakcję, że zablokowanie oszukańczego podatku, który kosztem najbiedniejszych napędziłby pieniądze dilerom nowych aut, to również po części nasza zasługa.
Nie jest to jedyny ekoszwindel. Z szermowania ekologicznymi hasłami znakomicie żyją przeróżne szemrane organizacje. Lobbyści – lokalni oraz ogólnopolscy – nader chętnie wykorzystują argumenty „ekologiczne”, tym chętniej, że sprawnie dobrawszy argumenty można zwerbować obrońców środowiska, którzy z niewiedzy szwindel wezmą za dobra monetę.
Każdy przy tym, kto głosi dowolną bzdurę, powołując się na ochronę środowiska, mienić się zaczyna „ekologiem”. Ekologia jest tymczasem – warto sobie uświadomić – nauką. Taką samą jak socjologia, geologia czy zoologia. Tytuł ekologa sugeruje więc wiedzę, choć często przyznają go sami sobie ignoranci kierujący się własnymi uprzedzeniami i lękami albo oszuści, karmiący się uprzedzeniami i ignorancja innych.
Dziewiętnastowieczni angielscy chłopi burzliwie protestujący przeciw kolei żelaznej w głębokim przekonaniu, że widok pociągu nieuchronnie oraz nieodwołalnie odbiera krowom mleko dziś zwaliby sami siebie ekologami.

Wojciech Jankowski

Etykiety: , , , , ,

8.6.09

Wojciech Jankowski: Trzeba zreformować wybory

Wyniki wyborów okazały się zgodne z przewidywaniami. Pierwsi komentatorzy rozprawiali o paru drobnych personalnych rozbieżnościach między przewidywaniami a rezultatami, ale o czymś musieli przecież rozprawiać, skoro o wynikach tych wyborów nie dało się powiedzieć nic, czego nie powiedziano przed wyborami.

Podobnie było też w czasie ostatnich wyborów parlamentarnych i w czasie samorządowych. Telewizja rozdmuchiwała emocje preparując rozgorączkowana atmosferę nocnych programów powyborczych, komentatorzy udawali, że wymyślają to, co sobie przygotowali wcześniej, bo przecież wszystko co najważniejsze było wiadome przed głosowaniem.

Zachowania człowieka bywają nieprzewidywalne, ale zachowanie publiki – w czasie wyborów pompatycznie tytułowanej elektoratem – da się przewidywać z rosnącą precyzją. Bez trudu i niedrogo można dziś zbadać, kogo aktualnie publika uwielbia jako największą gwiazdę piosenki, których bohaterów seriali ma za idoli, których polityków woli.

Skoro z minimalnym ryzykiem błędu da się przewidzieć wyniki wyborów, po jaką cholerę organizuje się te cała kosztowną szopę z kartkami wrzucanymi do urn?

Jedynym uzasadnieniem – jeśli pominąć ideologiczne brednie o prawach ludu do wybierania własnych przedstawicieli – wydaje się to, że sondaże łatwiej sfałszować niż wybory. W tej sytuacji wystarczy opracować procedury zabezpieczające przed fałszerstwem i po kampanii wyborczej przeprowadzić sondaż.

Mniej będzie kłopotów z organizacją i wyjdzie znacznie taniej. Zaoszczędzone pieniądze można będzie przeznaczyć na dowolny szlachetny cel.

Wojciech Jankowski

Etykiety: , ,

1.6.09

Wojciech Jankowski: Terroryści na drogach

Zrzeszenie Międzynarodowych Przewoźników Drogowych w Polsce zapowiada na 3 czerwca blokadę dróg wokół największych miast. Taką formę ma przybrać protest przeciw podniesieniu opłat drogowych za ciężarówki.

Nie będę rozważać kto w sporze rządu z organizacją właścicieli ciężarówek ma rację – bo nie to jest tu najważniejsze – ale samą blokadę dróg jako argument w sporze z rządem.

Blokada drogi przypomina spór dorożkarzy z anegdoty. Kiedy jeden wyczerpał argumenty w kłótni na skrzyżowaniu, jął okładać batem pasażerów drugiego. Tamten nie pozostał dłużny i zaczął w odwecie zaczął batożyć pasażerów pierwszego.

Na środę transportowcy zapowiadają zablokowanie dróg, żeby żadne samochody nie mogły wjechać do miast ani z nich wyjechać. Kierowcy tych samochodów tyle będą mieć wspólnego ze sporem o opłaty drogowe, ile mieli pasażerowie skłóconych dorożkarzy z ich kłótnią.

Zostaną zakładnikami.

Kiedy strona konfliktu bierze zakładników i ogłasza, że zrobi im krzywdę, jeśli sprawy pójdą nie po jej myśli, mamy do czynienia z terroryzmem. Oswojeni z najgorszą jego odmianą, w której zakładników zabija się albo grozi im śmiercią, przestaliśmy za terroryzm uznawać formy niekrwawe, kiedy zakładnikom nie grozi śmierć.

Państwo jest od tego, żeby zapewnić sprawne funkcjonowanie infrastruktury – w tym dróg – i chronić ludzi na swym terytorium. Również przed terrorem. Dlatego bez względu na to, kto w sporze rządu z właścicielami ciężarówek ma rację, trzeba od państwa wymagać, żeby do blokad dróg nie dopuściło, a wszędzie tam, gdzie jednak uda się je zorganizować, szybko je zlikwidowało – jeśli to koniczne siłą – a organizatorów i uczestników ukarało.

Państwo Polskie, odrodziło się dzięki nie tylko sprzyjającej koniunkturze, ale i w pewnej mierze dzięki strajkom oraz ulicznym demonstracjom. Pamiętając to mamy skłonność do traktowania wszelkich form sprzeciwu przeciw rządowi jako uzasadnionych i wybaczania ich organizatorom, nawet jeśli dezorganizują nasze życie albo wprost narażają kogoś na niebezpieczeństwo.

Na tej skłonności bezkarnie żerował Lepper aż wjechał do parlamentu wjechał wraz ze swym panopticum. Na szczęście tylko na dwie kadencje, w tym jedną skróconą. I to wystarczy.

Wojciech Jankowski

Etykiety: , ,

18.5.09

Wojciech Jankowski: Symbol

Dzięki Lechowi Wałęsie partia Libertas zyskała parę procent zwolenników wśród Polaków, twierdzą spece od politycznego marketingu, w Polsce uchodzący za politycznych publicystów i analityków. Skoro tak twierdzą, raczej się nie mylą, bo słupki poparcia to właśnie ich specjalność.

Nowopozyskani zwolennicy Libertasu nie zaczęli popierać tej partii w wyniku analiz jej programów, ale dlatego, że dzięki Wałęsie zaczęło się o niej mówić w telewizji. Za tydzień usłyszą o czymś innym i na to przerzucą poparcie, ale Libertas zostanie w ich świadomości.

Polityczni marketingowcy nie mają dziś wątpliwości, że właśnie te doraźne sympatie zrodzone przed telewizorem między gwiazdami tańczącymi na lodzie a sześćset osiemdziesiątym siódmym odcinkiem serialu są kluczowe dla wszelkich wyborów. Partie mają swych mniej lub bardziej stałych sympatyków, ale o wynikach głosowań przesadzają ci, co polityczne – przepraszam za wyrażenie – preferencje przenoszą doraźnie z ugrupowania na ugrupowanie, zależnie od tego, co lub kto im się akurat spodoba albo nie.

Na przyrost zwolenników Libertasu nie miała wpływu zmasowana kampania nienawiści wszczęta w mediach przez dyżurnych Demokratów i Europejczycy, którzy usiłowali zajazgotać Libertas, tak samo, jak PiS albo Radio Maryja. (Tu muszę wyznać dla uprzedzenia jazgotu, że anim zwolennikiem Libertasu czy PiS-u, anim słuchaczem Radia Maryja, ja po prostu próbuję opisać kawałek naszego świata swoimi słowami.)

Niedawni obrońcy Lecha Wałęsy przed nazbyt dociekliwymi historykami, dziś z kwaśnymi minami, półgębkiem krytykują symbol „Solidarności” nie skrywając zawodu, bo Libertas to przecież (to można sobie wpisać dowolną obelgę). A tymczasem Lech Wałęsa wykonujący kolejną woltę, jawi się jako symbol jeszcze bardziej symboliczny niż dotąd. Bo taki, jakimi jesteśmy my: w nader rzadkich chwilach zdolni do wspięcia się ponad siebie samych, ale normalnie zadreptani wokół własnych drobnych, szmatławych sprawek i interesików.

Wojciech Jankowski

Etykiety: , , , , ,

4.5.09

Wojciech Jankowski: Konstytucja albo majówka

Minęły właśnie dwa ważne święta. Pierwsze ma czcić pracę, a więc to, dzięki czemu staliśmy się jako gatunek tym, czym jesteśmy. Drugie ustanowione zostało na pamiątkę uchwalenia konstytucji, od której zaczęło się nader długotrwałe, krwawe, pełne bohaterstwa i cierpień tworzenie nowoczesnego państwa polskiego.

Obydwa święta stały się jak zawsze okazją do uroczystości. W czasie pierwszego ze świąt organizowały je różne organizacje polityczne. W efekcie garstki ludzi – mniejsze niż były przed rokiem, ale większe niż będą za rok – chodziły po miastach wymachują czerwonymi sztandarami i wznosząc hasła, a inne równie nieliczne grupki lżyły manifestujących.

W czasie drugich świąt uroczystości organizowały urzędy państwowe i samorządowe. Ogólnie - z punktu widzenia widza - uroczystości takie składają się z części nudnej oraz części mniej nudnej. Poza tymi, którzy stoją w rzędzie jako oficjalne osobistości i mają swoja uciechę z publicznego pokazania się, a jeszcze lepiej przemówienia do ludu, inni nie bardzo wiedzą po co na przyszli. Były więc przemówienia, potem wojsko odprawiło swoje rytuały z meldowaniem i stawaniem na baczność, grały orkiestry stojąc albo maszerując, huczały salwy oraz defilowały wojskowe pododdziały.

Przemówienia – jak zawsze przy takich okazjach – przeznaczone były głównie dla tych tych, którzy je wygłaszali oraz ich krewnych i bliskich znajomych. Ci, którzy wysłuchiwali zajmowali się przeważnie czekaniem, kiedy mówca wreszcie skończy. Bo mniej więcej było wiadomo co który ma do powiedzenia, a cokolwiek powiedziałby i tak niczego to nie zmieniłoby.

Nieliczni widzowie uczestniczyli w takich uroczystościach z różnych powodów. Jedni bo akurat przechodzili, a zobaczywszy orkiestrę, wojsko w szyku i sztandary stanęli, żeby pogapić się. Tak samo jak gapiliby się na wypadek drogowy albo uliczny teatr. Inni, bo z braku innych rozrywek mogli darmo obejrzeć defiladę i wojskową orkiestrę. Jeszcze inni - obawiam się, że najmniej liczni - bo uważali tę rocznicę za ważną i chcieli je uczcić.

Uroczystości, jak wiadomo, oficjalnie organizuje się po to, żeby ludzie nie zapomnieli o tym, co się czci. Żeby choć raz w roku oderwali się od codziennych spraw i pomyśleli o swoim państwie, o przeszłości. A tak naprawdę dlatego, że urząd musi imprezę zorganizować i napisać sprawozdanie. Więc urząd organizuje, pisze to swoje sprawozdanie i życie może toczyć się dalej.

Bo przecież większość rodaków zwie te święta „majówką” albo „długim weekendem” i korzystając z wolności od pracy wyjeżdża sobie w miejsca atrakcyjne i bawi się tam jak kto umie, ani przez chwile nie myśląc o tym, o co w tych świętach chodzi.

Wojciech Jankowski

Etykiety:

20.4.09

Wojciech Jankowski: Kuglarze

Kiedy to, co w Polsce od jakiegoś czasu uchodzi za politykę osiąga dno, wydaje się, że niżej już spaść – albo raczej ugrzęznąć – się nie da. Po jakimś czasie okazuje się, że jednak da się.

Prasowe doniesienia o zakupach alkoholi w małych buteleczkach przez Kancelarię Prezydenta, następujący po nich uliczny spektakl w wykonaniu posła Palikota skwitowany pełną fascynacji wrzawą podniesioną w tej kwestii przez celebrytów politycznego komentarza wyznaczają kolejne dno. Pod którym z cała pewnością jest kolejne i z jeszcze większą pewnością niebawem zostanie osiągnięte.

Intelektualne horyzonty i gusta gawiedzi określają poziom politycznych doniesień i komentarzy, bo „Ludzie to kupią, ludzie to kupią, byle na chama, byle głośno, byle głupio...”.

Gwiazdy polskiej polityki i gwiazdy politycznej publicystyki zawarły sojusz: zwróćmy się do ludzi o intelektualnych horyzontach stułbi zielonej (Chlorohydra viridissima) i moralności pawiana płaszczowego (Papio hamadryas), bo ich głos w wyborach liczy się tak samo jak innych, każdy dureń tak samo jak mędrzec podnosi słuchalność, oglądalność, czytelnictwo (niepotrzebne skreślić), a takich stronników, czytelników, słuchaczy i widzów najłatwiej pozyskać. Dajmy głupcom głupią rozrywkę, a będą nas, dziennikarzy, słuchać i oglądać, a na nas, polityków, głosować.

Słupki statystycznych zestawień zdemoralizowały polskich polityków i dziennikarzy; w trosce o ich wysokość jedni i drudzy zdegradowali się do roli dostarczycieli prymitywnych emocji gawiedzi z pełną wzgardy atencją tytułowanej elektoratem. Gwiazdy polityki i gwiazdy politycznego dziennikarstwa, a z nimi redakcje i partie polityczne zgodnie uczestniczą w konkursie, kto najsprawniej i najefektowniej zrobi w konia ogłupiały tłum, łaknący jak najprostszej uciechy i coraz częściej znajdujący ją w polityce spreparowanej w mediach, a nie tylko wśród gwiazd tańczących na lodzie.

Efektem ubocznym sprowadzenia ku uciesze kretynów polityki do harców bezczelnych pyskaczy jest odwracanie się od niej ludzi myślących. Odstręcza ich to, że na politycznej scenie grane są coraz prymitywniejsze i coraz obrzydliwsze widowiska, których aktorzy i konferansjerzy coraz jawniej demonstrują pogardę do swej publiczności. Ta narastająca wewnętrzna emigracja wygodna jest dla dziennikarskich i politycznych kuglarzy; im mniej ludzi myślących ich obserwuje, tym mniej finezji muszą wkładać w kuglarstwo.

Spośród tych dwóch grup – poppolityków i popdziennikarzy – które coraz jawniej, coraz bezczelniej i dawno już bez poczucia wstydu żerują na ignorancji i głupocie swojej publiczności, bardziej winni przeniewierstwa są dziennikarze. Pierwszą ich rolą przecież jest objaśniać i pomagać zrozumieć, a nie okpiwać, drugą, - równie ważną – jest pilnować, żeby ci, co mają siłę, władzę i pieniądze nie oszukiwali słabych, również słabych na umyśle.

Wojciech Jankowski

P.S. Temu, kogo obrusza, że z widocznym lekceważeniem piszę o wielomilionowej przecież publiczności z wypiekami na licach chłonącej popisy różnych Palikotów oraz ich komentatorów odpowiem: rzeczywiście, głupców nazywam głupcami i nie darzę ich nadmierna atencją. Tak doskonały, żeby szanować publikę politycznych kuglarzy nie jestem. Uważam to za lepsze od żerowania na głupocie gawiedzi i komplementowania durniów, żeby się nie zorientowali, że są okpiwani.
WJ

Etykiety: , , , ,

13.4.09

Wojciech Jankowski: Ekoszwindel

Rząd przygotowuje podatek od samochodów. Ma zastąpić obecną akcyzę. Nowy projekt podatkowy gorąco wspierają polscy producenci aut oraz właściciele salonów samochodowych.

Teraz akcyzę płaci się przy kupnie auta, im droższy samochód, tym wyższą. Nowy podatek ma się nazywać „ekologiczny”, a naliczany ma być raz w roku. Jego wysokość będzie zależała nie od ceny samochodu, ale od jego wieku. Im starsze auto, tym będzie wyższy. „Podatek ekologiczny” sprawi, że bardziej opłacalne stanie się kupno nowego auta niż używanego, bo to pierwsze stanie się nieco tańsze, a to drugie znacznie droższe.

W Polsce żyje liczna grupa ludzi, która wybór między nowym droższym autem i tańszym używanym rozstrzyga dziś na korzyść tego drugiego. O przesunięciu za pomocą podatku tej grupy klientów z komisów do salonów toczy batalię lobby wytwórców i sprzedawców nowych aut. I tym podatkiem ją wygra.

W Polsce jest jednak jeszcze liczniejsza grupa ludzi, których dochody nie pozwalają na taki wybór, mają oni do dyspozycji inną alternatywę: niedrogie auto używane albo żadne. Obecnie ci ludzie kupują auta używane, często bardzo tanie i mocno zużyte. W wyniku wprowadzenia „podatku ekologicznego” znaczna ich liczba będzie musiała zrezygnować z samochodu, bo używane auta przestaną być tanie, a nowe pozostaną zbyt drogie.

„Podatek ekologiczny” prawdopodobnie zostanie uchwalony, bo stoją za nim naprawdę wielkie pieniądze i jeszcze potężniejsze wpływy producentów i handlarzy nowych aut. Wejdzie i wyeliminuje z korzyści oraz uciech motoryzacji parę milionów najuboższych Polaków. A może tylko paręset tysięcy?

Ta grupa lobby samochodowego nie interesuje, choć ona ucierpi najbardziej. Nowy podatek wbrew nazwie będzie przecież karą za kupowanie używanego auta. Oficjalnie ma wprawdzie chronić środowisko, ale realnie chronić będzie zyski koncernów samochodowych oraz ich dilerów.

Ewentualne protesty najbiedniejszych zmotoryzowanych zwolennicy „podatku ekologicznego” uprzedzają prawdziwym skądinąd twierdzeniem, że po polskich drogach jeździ wiele aut mocno zanieczyszczających środowisko oraz tak technicznie niesprawnych, że grożących wypadkami. To drobiazg, że trujące i niebezpieczne auta można taniej i prościej wyeliminować zaostrzając kryteria dorocznych przeglądów technicznych. Przecież nie o to chodzi, ale o interesy samochodowego lobby.

Prace nad nowym podatkiem to kolejny dowód, że idee ekologii zostały obecnie w dużej części przejęte przez osoby i grupy interesów, które dostrzegły w nich znakomite źródło dochodów. Ekologia uzasadnia parę nieuczciwych procederów: od gangsterskich szantaży akcjami protestacyjnymi wygaszanymi w zamian za okup albo blokowanie inwestycji konkurentów poprzez dęte stowarzyszenia i fundacje biorące grube granty za piękne słówka aż do takich właśnie jak opisana wyżej manipulacja podatkami.

Dzięki ekologicznej ideologii zaangażowanej w forsowanie interesów samochodowego lobby każdego przeciwnika „podatku ekologicznego” można będzie okrzyczeć barbarzyńcą albo głupcem, który nie rozumie konieczności ochrony ziemi, wody i powietrza, albo jak kto woli egoistą lekceważącym przyszłość naszej planety w imię motoryzacyjnych zachcianek. I nawet jeśli ktoś będzie próbował mówić o zyskach samochodowego lobby napędzanych przez „podatek ekologiczny”, zostanie łatwo zakrzyczany.

Wojciech Jankowski

Etykiety: , , ,

6.4.09

Wojciech Jankowski: Smutek pustoszejących piedestałów

Zabicie posłańca, który przyniósł złe wieści, to prymitywny odruch bezmyślnej wściekłości wyładowanej na tym, kto w chwili wybuchu furii znalazł się pod ręką. Anachroniczny w dzisiejszych oświeconych czasach. A może jednak nie?
*
Ksiądz Jankowski był zarejestrowany jako źródło informacji SB, Krzysztof Zanussi jako tajny współpracownik. Wcześniej Herbert i Kapuściński. Co jakiś czas dostajemy kolejną rewelację o kolejnym wielkim człowieku, który okazał się tajnym współpracownikiem SB. Wszystkie te doniesienia wywołują podobną reakcję: zlikwidować IPN albo przynajmniej tak zakneblować, żeby nie wychodziły stamtąd takie nieprzyjemne informacje. Zabić posłańca albo chociaż mocno dać mu po łbie.
"Lech Wałęsa. Idea i historia" Pawła Zyzaka oraz żenujące dąsy bohatera po opublikowaniu książki wywołały mocniejsze niż dotąd żądania likwidacji albo przynajmniej zakneblowania IPN-u. Nie przeszkodziło nawet to, że opracowanie powstało poza Instytutem i wydane zostało gdzie indziej.
Książka o Wałęsie jest tylko pretekstem. Archiwów zamknąć się wprawdzie nie da, ale można zastraszyć historyków i publicystów, żeby siedzieli cicho. Część zwolnić z pracy, a dla pozostałych powołać nowego szefa, który przypilnuje, żeby nikt się nie wychylał. Bo lepiej nie znać złych wieści.
*
Każdy, kto w Peerelu robił więcej niż przychodzenie do pracy i branie wypłaty narażał się na wezwania, inwigilację, nękanie i próby zwerbowania. Każdym, kto wyjeżdżał za granicę – jeśli pominąć wczasy w Bułgarii czy Rumunii – interesowało się SB. To esbek wydawał paszport i esbekowi trzeba było go zwrócić zaraz po powrocie. To w zakładowej czy uczelnianej komórce SB przetrzymywane były służbowe paszporty.
Można było nie wyjeżdżać, ale oznaczało to rezygnację z zawodowych szans. Kapuściński mógł odmówić rozmów z SB, nie dostałby paszportu i pisywałby reportaże z polskich miasteczek czy wsi albo nie pisałby nic. Herbert nie napisałby „Barbarzyńcy w ogrodzie”.
I jeden, i drugi zdecydowali się podjąć grę z SB, żeby jednak wyjechać. Zostali zarejestrowani jako TW i to było ceną, którą zapłacili. Za siebie, autorów i za nas, czytelników.
Spośród tych, co chcieli wyjechać dziesiątki tysięcy ludzi podejmowało takie same decyzje i takie same gry. Dziesiątki tysięcy innych ludzi zrezygnowało z wyjazdów, bo nie chciało w to grać. Ci ostatni tracili szanse na sukces zawodowy, na zobaczenie świata. I jedni, i drudzy wiedzieli, co robią.
Ci, co zdecydowali się na grę z SB w zamian za zawodowe czy życiowe szanse chętnie zapomnieliby o tym, że kiedyś zrobili coś, o czym lepiej nie pamiętać. I zapomnieliby, gdyby nie archiwa i historycy, co w nich grzebią.
A to oni zajmują kluczowe pozycje w nauce, kulturze, gospodarce. Naturalną koleją rzeczy, są w odpowiednim wieku, a podjęcie gier z SB dało im przewagę nad tymi, co grać nie chcieli, więc zaszli wyżej. IPN-owskie archiwa i historycy pracujący w Instytucie mają przeciwników silnych i możnych.
Niemiło dowiadywać się, że ktoś, kogośmy wynieśli na piedestał albo kto sam mozolnie tam się wdrapał okazuje się nie taki czysty i pomnikowy. Szczególnie niemiło tym, co na piedestałach i piedestalikach wygodnie sobie stoją, ale lękają się, że ktoś im coś niechlubnego przypomni.

Wojciech Jankowski

Etykiety: , , , , , , , ,

4.4.09

Wojciech Jankowski: Czego banki nie rozumieją?

Dwa albo trzy lata temu, kiedy tłumy waliły po łatwe kredyty nikt nie protestowałby przeciw tworzeniu nowych placówek, przeciwnie mieszkańcy sąsiedztwa cieszyliby się, że będą mieć bliżej po kredyty. Teraz jednak kryzys sprawił, że kredyty są trudniejsze, a i chętnych coraz mniej, więc nie dziwota, że mieszkańcy peryferyjnych dzielnic i osiedli uznają placówki bankowe za zbędne i wojują z nimi, bo wolą mieć w tym miejscu sklepy.

Druga polowa dwudziestego wieku i pierwsze dziesięciolecie obecnego to czas banków. Właśnie one – ostatnio obok firm technologicznych – robiły największe pieniądze od Wielkiego Kryzysu, tego z końca lat dwudziestych i początku trzydziestych. Z instytucji gromadzącej cudze i własne kapitały, żeby je pożyczać i zarabiać na tym, przekształcały się w skomplikowane instytucje inwestujące w inne branże, przejmujące przedsiębiorstwa, wreszcie tworzące nowe sposoby zarabiania na obrocie kapitałem oraz coraz bardziej wymyślnymi papierami wartościowymi.

To banki spowodowały obecny kryzys. Najpierw w gospodarkę – która polega przecież na produkowaniu, transportowaniu oraz sprzedaży dóbr i zarabianiu na tym – wprowadziły skomplikowane spekulacyjne mechanizmy pomnażania kapitału bez wytwarzania czegokolwiek. Zarabiały na tym wspaniale, więc nieustannie wprowadzały kolejne sposoby, coraz bardziej złożone i coraz bardziej oderwane od produkcji, transportu, handlu i usług. Rosnące nadmiary kapitału zaczęły w końcu dystrybuować wśród indywidualnych konsumentów nachalnie namawiając ich na branie kredytów bez opamiętania.

Bańka kredytowa pękła, a zaraz po niej pękła bańka spekulacyjna. Banki niegdyś potężne okazały się bezradne. Wypracowane przez dziesięciolecia sposoby zarabiania już nie działają, ale banki – a raczej ich zarządy – tego jeszcze nie pojęły. Jedyną reakcją na załamanie były lamenty i błagania o dofinansowanie przez rządy.

Rządy pieniądze dały, banki przetrwały. Nie zrewidowały jednak – bo nic ich do tego nie zmusiło – podjętych przed kryzysem decyzyj o rozbudowie punktów obsługi indywidualnych klientów – lub raczej punktów wciskania im kredytów – i nadal chcą zakładać malutkie oddziały, gdzie tylko się da. Bankierzy wciąż jeszcze mentalnie żyją przed kryzysem, wydaje im się on jedynie chwilowym zakłóceniem koniunktury; wciąż próbują zarabiać na tym, na czym zarabiały dotąd, bo niczego innego nie potrafią.

Protesty przeciw nowym placówkom pokazują, że istotę obecnego kryzysu zwykli konsumenci rozumieją znacznie lepiej od zarządów banków. Jest szansa, że i bankowcy – nie są przecież idiotami – też zaczną to rozumieć. Im szybciej, tym krócej trwać będzie kryzys.

Wojciech Jankowski

Etykiety: ,

30.3.09

Wojciech Jankowski: Czyje jest Kosowo?

Kiedy ten, kto wjeżdża do Wrocławia od strony Pietrzykowic dotrze do ulicy Oporowskiej, na samym skrzyżowaniu musi dostrzec napisane sprayem na murze hasło: KOSOWO JEST SERBSKIE.

Napis ma zdolność wywoływania refleksji nie tylko przez to, że czekanie na odpowiedni kolor świateł na skrzyżowaniu jest zajęciem intelektualnie jałowym, więc cokolwiek do czytania jest miłym urozmaiceniem, ale i dlatego, że sam w sobie zawiera zaskakująco wiele treści niekoniecznie zamierzonych przez anonimowego autora..
Może kogoś skłonić do pełnego zadumy pokiwania głową nad faktem, że sprawa Kosowa, która jeszcze niedawno tak wiele miejsca zajmowała w mediach i w politycznych dyskusjach, którą tak się wtedy emocjonował, dziś go już nie porusza.
Kogoś innego może zadziwić. Nie treścią, ale tym, że we
Wrocławiu znalazł się ktoś, kogo tak mocno obeszła sprawa odległego malutkiego Kosowa, że poniósłszy koszty nabycia puszki z farbą w sprayu stanął przed murem i naruszywszy cudzą własność, nie bacząc na groźbę ujęcia przez policję lub straż miejską, wykrzyczał na ścianie polityczną deklarację. Wbrew obiegowym opiniom, że w dzisiejszych czasach triumfuje egoizm, konsumeryzm i ślepota na sprawy fundamentalne.
Komuś napis wydać się może niezgodny z rzeczywistością, bo jak wie każdy, kto choć odrobinę zajmuje się polityką,
Kosowo do Serbii już nie należy. Hasło niekoniecznie jednak musi być prostym i zarazem fałszywym opisem stanu prawnego Kosowa, może też być – i pewnie raczej jest – deklaracją sformułowaną przeciw stanowi prawnemu, a zatem prawdziwą, bo głoszącą przekonanie przeciwnika politycznego staus quo w tamtym zakątku na skraju Europy.
Jeszcze kogoś innego zastanowić może kategoryczność twierdzenia. Anonimowy autor napisał
„...jest serbskie”, a nie na przykład „...moim zdaniem jest serbskie” albo „...uważam, że jest serbskie”. Nie zostawił przez to żadnego miejsca na dyskusje, analizy i spory.
Kategoryczność ta w sposób naturalny rodzi pytanie o źródło przekonania tak mocnego, żywionego przez mieszkańca akurat
Wrocławia. Ci, co żyją w Kosowie spierali się ostro właśnie w kwestii czyje ono jest. Nie tylko krzyczeli na siebie przerzucając się argumentami – jedni, że serbskie, inni, że albańskie – ale nawet strzelali nawzajem do siebie. Nadal pogląd na tę sprawę dzieli kosowian – a może raczej Kosowian – którzy pewnie nie domyślają się nawet, że w dalekim Wrocławiu żyje ktoś, kto wie. Człowiek bezstronny, bo daleki, na którego życie bieg zdarzeń w Kosowie wpływu raczej mieć nie będzie.
Ta całkowita i głęboka pewność w kwestii złożonej i naprawdę ważnej – przynajmniej dla mieszkańców
Kosowa – żywiona przez kogoś, kto ani tam nie mieszka, ani nie zna wszystkich uwarunkowań, ani nie jest w stanie przewidzieć konsekwencji takiego albo innego rozstrzygnięcia – może niepokoić. Jak każda całkowita i głęboka pewność dotycząca czegokolwiek w naszym skomplikowanym i niejednoznacznym świecie.
Na szczęście światła na skrzyżowaniu w końcu się zmieniają, auto jedzie dalej i napis sprayem na murze wychodzi z pola widzenia.

Wojciech Jankowski

Etykiety: , , ,

16.3.09

Wojciech Jankowski: Bush/Nixon w kinie

Dwa filmy o republikańskich prezydentach USA można sobie teraz obejrzeć w kinach: „W” Olivera Stone'a i „Frost/Nixon” Rona Howarda.

Stone od jakiegoś czasu robi filmy polityczne. W 1995 roku nakręcił film o Nixonie, w którym przedstawił prezydenta jako cwanego oszusta i łgarza. Howard polityką się dotąd nie parał, interesowało go za to dziennikarstwo, a jego „Zawód: Dziennikarz” (The Paper) jest filmem znakomicie pokazującym specyfikę tego zawodu.
Bohaterem ostatniego filmu też jest dziennikarz – tytułowy David Frost – a fabułę buduje zmaganie między nim a Nixonem w trakcie nagrywania sławnego wywiadu z byłym prezydentem. Ale tak naprawdę główną postacią jest prezydent Nixon.

Bohaterowie obydwóch filmów teraz u nas wyświetlanych nie najlepiej zapisali się w historii; obydwaj musieli rządzić w czasach dla swego kraju przełomowych i podejmować decyzje niekoniecznie popularne, często tak trudne, że nie potrafili im sprostać.

Nixon – na pewno pierwszy prezydent, który ustąpił ze stanowiska pod naciskiem oskarżeń i chyba pierwszy, który wzbudził tak silną wrogość wśród tak licznych wyborców – w filmie Howarda okazuje się politykiem wielowymiarowym, realizującym polityczny program w trudnych sytuacjach i popełniającym błędy, aż do największego: sprawy Watergate. Człowiekiem pełnym sprzeczności, postacią tragiczną, mężem stanu, który sprzeniewierzył się samemu sobie i w końcu musiał przyznać się do tego. Nie tylko przed sobą, ale i przed Amerykanami.

George W. Bush – prezydent, który zmierzyć się musiał z ofensywą światowego terroryzmu i w opinii większości Amerykanów nie podołał zadaniu – w filmie Stone'a jest zakompleksionym błaznem. Facetem, który zostaje prezydentem na złość ojcu, a rządzi w oparciu o symptomy choroby psychicznej, objawiającej się przekonaniem, że Bóg kontaktuje się z nim bezpośrednio, wyznaczając zadania i sposoby ich realizacji...

Film Howarda jest wielowymiarową artystyczną wizją polityka i jego działań. Film Stone'a jest jednowymiarową polityczną propagandą.

Propaganda polityczna uprawiana w amerykańskim filmie kierowana jest zwykle przeciw republikanom; niespecjalnie to dziwi, bo antyrepublikańskie postawy są w Hollywood powszechne.
Niekwestionowanym mistrzem tej gałęzi sztuki filmowej jest Michael Moore, a jego sztandarowe dzieło to „Fahrenheit 9.11”, w którym znać dogłębną znajomość warsztatu filmowego propagandysty i metod wypracowanych w III Rzeszy, ZSSR, NRD.

To właśnie jest najzabawniejsze: że Polska, w której przez pół wieku rozwijał się się propagandowy film fabularny i dokumentalny, dziś musi filmową propagandę polityczną importować z USA. Za komuny pod tym względem było lepiej. I to cieszy.
Wojciech Jankowski

Etykiety: , , , , , , , , , , , , ,

13.3.09

Wojciech Jankowski odpowiada: to nie polskie media są słabe

To katastrofalnie niski poziom moralny Polaków sprawia, że polityk oskarżany o dowolne przestępstwa pozostaje na stanowisku. Media mogą tylko gadać. I polskie, i włoskie, i amerykańskie. Polityków zmiatają ze sceny nie słowa padające w mediach, ale reakcje wyborców. Siła – pojmowana jako zdolność zmiatania – nie jest atrybutem mediów, ale obywateli.

Polskie media gadają nie gorzej i nie ciszej od mediów w innych, wolnych krajach. Za to Polscy wyborcy wykazują znacznie większą niż obywatele innych krajów tolerancję na złodziei albo oszustów w Sejmie, Senacie, sejmikach i radach. Nie domagają się ich ustąpienia i wybierają na kolejne kadencje.

Większość Polaków nie widzi niczego złego w wykorzystywaniu stanowiska politycznego do wzbogacenia siebie oraz krewnych i znajomych. Przeciwnie, ma to za dowód roztropności i zaradności. Kiedy w rozmowach rodaków staje kwestia uczciwości polityków, kończy ją rychło retoryczne pytanie: a wy nie bralibyście, gdybyście mogli? Po postawieniu tego pytania rozmówców łączy powszechna zgoda w kwestii, że oczywiście bralibyśmy, bo przecież nie jesteśmy frajerami. Każdy brałby, więc nie dziwota, że politycy też biorą.

Dopóki tylko garstka wyborców oburza się na nieuczciwość polityków, a tłum wykpiwa ich jako naiwniaków, albo obłudników - dopóty nawet poważne i porządnie udokumentowane oskarżenia nie przeszkodzą nikomu w politycznej karierze. Mamy po prostu polityków na własną miarę.

Polskie media są silne, a nie słabe. Gdyby były słabe, już dawno przestałyby pisać o takich sprawach, jak biznesowe powiązania wokół wicepremiera Pawlaka. To przecież walenie głową w mur; z góry wiadomo było, że nic się po tej publikacji nie zdarzy. Tak, jak wcześniej po innych podobnych.

Wojciech Jankowski

Etykiety: ,