10.9.09

Sąd Najwyższy: Braun musi przeprosić! Braun: nie przeproszę!

To był kwiecień 2007 roku. Grzegorz Braun uczestniczył w porannym programie publicystycznym Kontra z Leszkiem Budrewiczem w Polskim Radiu Wrocław. Pamiętam to jak dziś. Miałem wtedy dyżur dziennikowy...

Tuż przed 8.00, gdy program już się kończył Grzegorz Braun - wrocławski publicysta, reżyser i dokumentalista - rzucił do mikrofonu, że profesor Jan Miodek był w latach 80. "informatorem policji politycznej" i wybiegł ze studia. Zaskoczony Budrewicz i prowadzący program Filip Marczyński zamarli. Nikt nawet nie zdążył zadać Braunowi pytania. Nie udało się go też dogonić na radiowym korytarzu. W naszym newsroomie zawrzało. Wycięty dźwięk czekał na emisję w serwisie o 8.00. W czasie dziennika błyskawiczne ustalenia. Decyzja - nie puszczamy. Czekamy na komentarz Jana Miodka i komentarz szefa wrocławskiego IPN Włodzimierza Suleji. Ale po kilku, kilkunastu minutach dzwonią przedstawiciele wszystkich wrocławskich mediów. Pytają czy to prawda. Potwierdzamy. Zapada decyzja - publikujemy o 9.00. W tym czasie nasza reporterka Ewa Waplak już szuka profesora i nagrywa z nim poruszającą rozmowę. "Rewelacją" żyje już cała Polska.
Robi się jednak coraz większy "kwas". Grzegorz Braun nie chce ujawnić swojego źródła. Ostatecznie Polskie Radio Wrocław zawiesza z publicystą współpracę (czytaj tutaj). Trzeba pamiętać, że to były czasy kiedy sensacje lustracyjne niemal co tydzień wybuchały w różnych mediach.

Grzegorz Braun po kilkunastu dniach Łukaszowi Medekszy mówi: "Jestem posłańcem złej nowiny" (czytaj tutaj)!. Zaraz potem sprawa trafia do sądu (czytaj tutaj). Jesienią 2007 roku Grzegorz Braun nazwany "lustratorem numer 1 we Wrocławiu" (ujawniał też informacje o współpracy z SB Wojciecha Dzieduszyckiego i Henryka Tomaszewskiego) zostaje kandydatem UPR do Senatu (czytaj tutaj), jednak nie wystartował w wyborach z powodu błędów proceduralnych.

Rok po wypowiedzi o profesorze Miodku publicysta znowu oskarża. Tym razem we wrocławskim sądzie Lecha Wałęsę i Grzegorza Schetynę (więcej tutaj), później zresztą z byłym prezydentem spotyka się w sądzie. W lipcu 2008 roku Grzegorz Braun przegrywa proces z Janem Miodkiem (czytaj więcej tutaj), a w październiku tego samego roku wyrok się uprawomocnia (więcej tutaj). W tak zwanym międzyczasie Braun ma kolejne kłopoty - prokuratura oskarża go o poturbowanie policjanta podczas nacjonalistycznego wiecu we Wrocławiu (czytaj tutaj) - proces trwa do tej pory.

Dzisiaj Sąd Najwyższy zajął się kasacją Grzegorza Brauna. Została ona odrzucona. Jedyne co zmieniono to liczbę mediów, w których publicysta musi przeprosić Jana Miodka. Z długiej listy ostały się jedynie Radio Wrocław i Gazeta Wyborcza Wrocław. Zaraz po ogłoszeniu wyroku Grzegorz Braun ogłosił, że nie przeprosi. Czy Jan Miodek zdecyduje się na zamieszczenie przeprosin na koszt Brauna i komornicze dochodzenie zwrotu kosztów? Tego jeszcze nie wiemy.

I jeszcze jedno. Nawet jeżeli Grzegorz Braun miał rację ws. Jana Miodka (bo tego nie możemy wykluczyć) to i tak sposób w jaki poinformował o rzekomej współpracy naraziły go na utratę wiarygodności. Odmówił bowiem ujawnienia swojego źródła... A to zapewne musiało pochodzić ze ściśle tajnego zbioru dokumentów IPN...

p/s Łukasz znalazł w Youtubie zapis spotkania z Grzegorzem Braunem, w którym publicysta mówi gdzie znajdują się informacje o Janie Miodku. W pierwszej części nagrania temat językoznawcy rozpoczyna się po 6 minucie.



Etykiety: , , , , , , , , , , ,

24.4.08

Grzegorz Braun znowu oskarża

Ponad rok temu stwierdził, że profesor Jan Miodek był informatorem policji politycznej PRL. Dziś Grzegorz Braun znowu oskarża. Tym razem atakuje Lecha Wałęsę i Grzegorza Schetynę.

Okazją był proces, jaki znany językoznawca wytoczył publicyście – dziennikarzowi (chce przeprosin i przekazania 50 tysięcy złotych na cele społeczne). Grzegorz Braun zarzucił byłemu prezydentowi, że ten był w 1970 – 76 tajnym współpracownikiem SB o pseudonimie „Bolek” (zarejestrowanym przez wydział III SB w Gdańsku). „Składał doniesienia, które stanowiły materiał załączany do akt sprawy „Jesień'70” (dotyczyła ona uczestników Wydarzeń Grudniowych), donosił na swoich kolegów z pracy i współpracowników z Komitetu Strajkowego” - mówi Grzegorz Braun.
Jego zdaniem dowodem na to są dokumenty zachowane w IPN. Twierdzi, że w latach 90., za czasów gdy Lech Wałęsa był prezydentem, zbierano i niszczono dowody świadczące o jego współpracy z SB. „Zachowały się jednak doniesienia na kilku stoczniowców. Lech Wałęsa pobierał za swoje donosy wynagrodzenie (łącznie wg SB kilkanaście tysięcy złotych)” - mówi Braun.

Książkę na ten temat mają przygotowywać dwaj historycy IPN. Natomiast Grzegorz Braun przygotowuje drugi film na temat TW „Bolka”.

Grzegorz Braun podczas rozprawy mówił o rzekomo „niejasnej” przeszłości Grzegorza Schetyny i domagał się jej wyjaśnienia.

Czy to oznacza, że Grzegorza Brauna czekają następne procesy ? Rzucając tak ciężkie oskarżenia musi się na pewno z tym liczyć. Zresztą nie robi tego po raz pierwszy. A Lech
Wałęsa z zarzutami o rzekomą swoją współpracę już się nie raz rozprawiał. Zamieścił też dokumenty z IPN na swój temat w internecie.

A Grzegorza Brauna czeka chyba odpowiedzialność karna za utrudnianie pracy policjantom, którzy zabezpieczali manifestację nacjonalistów 14 kwietnia we Wrocławiu. Został wówczas zatrzymany. Podobno podczas szarpaniny wykręcił kciuk jednemu z policjantów ..


1.6.07

Miesięcznik "Odra" atakuje IPN. Robi dziwne aluzje do "znanych polityków" nie podając ich nazwisk

Instytut Pamięci Narodowej to "instytucja koślawa i niebezpieczna", a jej pracownicy to "nie mniej mentalnie wykoślawieni i niebezpieczni ludzie". Wprowadzona przez PiS ustawa lustracyjna (ta sama, którą obalił niedawno Trybunał Konstytucyjny) jest "sprzeczna z zasadami sprawiedliwości, z prawami człowieka, z prawdą historyczną i ze zdrowym rozsądkiem". Zresztą co się dziwić, skoro jest ona "płodem sadystycznej żądzy zemsty ze strony gromady nieudaczników politycznych". Ktoś, kto nie podpisze "świstka", jakim jest oświadczenie lustracyjne staje się "nie polityczną ofiarą tego reżimu, lecz ofiarą tak samo małych, podłych ludzików, którzy swoje małe interesiki pokrywają wielkimi słowami prawdy i czystości odnowionej ojczyzny".

Te soczyste cytaty pochodzą z tekstu "Dwa świstki papieru", którego autorem jest znany wrocławski filozof i etyk, zdeklarowany lewicowiec, prof. Adam Chmielewski. Artykuł ukazał się w najnowszym, majowym numerze wydawanego wspólnie przez rząd i dolnośląski samorząd wojewódzki miesięcznika "Odra". Na jej stronie internetowej można znaleźć fragment owego tekstu. Całość na prywatnej stronie prof. Chmielewskiego.

Dodam, że prof. Adam Chmielewski jest członkiem rady redakcyjnej "Odry". Jego artykuł jest jedyną dłuższą wypowiedzią na temat lustracji w majowym numerze tego miesięcznika. Warto jednak zauważyć, że to właśnie ten temat trafił tym razem na okładkę. Biorąc te wszystkie czynniki pod uwagę, trudno nie odczytać tekstu prof. Chmielewskiego jako oficjalnego stanowiska "Odry" w kwestii lustracji i archiwów IPN.

Ale po kolei.

Miesięcznik "Odra" ukazuje się od 1961 r. Uchodzi za najbardziej prestiżowe pismo wydawane we Wrocławiu. To medium publiczne. Acz dość osobliwie zorganizowane, bo "Odrę" wspólnie wydają wrocławski Ośrodek Kultury i Sztuki (podlega samorządowi wojewódzkiemu) oraz Biblioteka Narodowa (podlega ministerstwu kultury, a więc rządowi).

Od początku lat 90. "Odrą" kieruje krytyk literacki Mieczysław Orski.

Bodaj w zeszłym roku miesięcznik znalazł się w kręgu zainteresowania osób prowadzących badania w archiwach IPN. Dał temu wyraz Grzegorz Braun, najsłynniejszy obecnie wrocławski "oddolny lustrator". W kwietniu ogłosił, że Mieczysław Orski był w latach 60. agentem SB. Tak o tym pisała "Gazeta Wyborcza Wrocław":
[Grzegorz Braun] podczas sesji naukowej IPN "Artyści i SB" [we Wrocławiu] współpracę zarzucił zmarłemu 25 lat temu pisarzowi Henrykowi Worcellowi oraz wrocławskim dziennikarzom - Mieczysławowi Orskiemu i Elżbiecie Sitek.

Braun o Orskim mówił, że epizodycznie współpracował z aparatem bezpieczeństwa w latach 60. (...)

Orski, dziś redaktor naczelny miesięcznika "Odra": - To, co robi Grzegorz Braun, to łajdactwo. Przyznaję, że na początku lat 60, kiedy wróciłem z Anglii od wuja, kilkakrotnie byłem przesłuchiwany przez SB. Musiałem napisać raport ze swojego pobytu w Anglii. Ubecy mi grozili, straszyli, że KGB skrzywdzi moją rodzinę w Anglii. Miałem wówczas 18 lat, byłem przerażony. Zobowiązałem się, że zgłoszę się na milicję, kiedy zobaczę jakiegoś szpiega na ulicy. Potem byłem wzywany przez SB, ale odmawiałem spotkań. Podobno w moich aktach jest wpis, że nie nadaję się na agenta. Zaczęły się groźby, śledzenie, byłem podsłuchiwany, wypytywano sąsiadów o mnie. Tak było przez kolejnych prawie 30 lat.
Niedawno w rozmowie ze mną Grzegorz Braun ciekawie rozwinął wątek "Odry":
... kiedy z końcem lata 2006 zapoznałem się ze aktami TW "Jeden" alias "Turgieniew", uznałem za stosowne rozmawiać o tym "na mieście" tylko z dwiema osobami. Pierwszą był sam główny zainteresowany, Wojciech Dzieduszycki – tu na prośbę rodziny odstąpiłem od realizacji wywiadu filmowego. Drugą – Mieczysław Orski, redaktor naczelny "Odry", pisma, które było jednym z obiektów działalności TW "Turgieniewa" i które byłoby zatem, jak to w mojej naiwności przedkładałem panu Orskiemu, najbardziej stosownym miejscem pierwszej publikacji na ten temat. Nie wiedziałem wówczas, że Orski sam ma w życiorysie epizod tajnej współpracy z SB (pod kryptonimem "101") i stąd jego żywiołowa niechęć do konfrontacji z przeszłością. (...)

Gdy wkrótce potem Wojciech Dzieduszycki wystosował do władz miasta list z informacją o fakcie współpracy z UB/SB, redakcja miesięcznika "Odra" uznała za stosowne opublikować jedynie tekst, w którym to ja okazałem się czarnym charakterem – dręczycielem steranych wiekiem godnych obywateli. Obok można było przeczytać, że do Wrocławia "dotarła fala lustracji". Otóż niniejszym ogłaszam, że nie ma żadnej "fali lustracji". Jest stojąca woda, która porosła rzęsą i ma nieświeży zapach. Taka właśnie jest sytuacja we Wrocławiu – że nie użyję bardziej drastycznych porównań z innymi elementami instalacji kanalizacyjnych.
W takim to właśnie kontekście ukazał się w "Odrze" tekst prof. Adama Chmielewskiego o lustracji.

Oprócz ataków na IPN i na IV RP znajdziemy w nim dość osobliwe aluzje do jakichś nie wymienionych z nazwiska "znanych polityków" (a może chodzi o jednego polityka?). Oto pierwszy taki fragment:
Po ukończeniu studiów w 1984 roku bez trudu znalazłem pracę na jednej z wrocławskich uczelni. Po kilku miesiącach jednak zostałem z niej wyrzucony. Powodem był fakt, że konsekwentnie odmawiałem podpisania świstka papieru, który oznaczałby przystąpienie do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Choć były jeszcze dwa inne powody: oczekiwano ode mnie, że przyszły doktorat napiszę pod kierunkiem osoby, która zmuszała mnie do wstąpienia do partii i ponadto wydawała mi się kompletnie niekompetentna. Kiedy zaś dowiedziała się, że publikuję już w miesięczniku „Odra”, zażądała, bym wszelkie publikacje dawał jej uprzednio do aprobaty, swoistego placet. Nie chciałem tego zrobić i wymigiwałem się, jak długo mogłem. Żaden z warunków, które podyktowano mi jako sine qua non dalszej pracy na tej uczelni, nie był dla mnie do zaakceptowania. Po karczemnej awanturze z hukiem wyleciałem z roboty. Nie potrafiłem jednak zrozumieć, dlaczego nie wyleciał wraz ze mną jeden z moich kolegów z tej samej katedry, choć jego zaangażowanie przeciwko ówczesnemu ustrojowi było dość znane. Kolega ten, obecnie bardzo znany polityk, z pracy nie wyleciał, choć do partii chyba nie wstąpił, a być może nawet nikt go do tego nie zmuszał tak brutalnie jak mnie. Możliwe, że, paradoksalnie, jego zaangażowanie było dlań swoistą ochroną. Gdyby bowiem wyrzucono z pracy także jego, być może w jego obronie stanęłaby sama Wolna Europa, czyniąc zeń ofiarę represyjnego reżimu, a zarazem niepodważalny dowód represyjności reżimu?

W takim jednak wypadku dlaczego, jako zadeklarowany wróg reżimu, został w ogóle przyjęty do pracy na uczelni? Może zadziałały koneksje lokalne lub rodzinne? A może kierownictwo katedry, dawszy schronienie mojemu bardziej znanemu koledze, uznało, że wykorzysta mnie, nikomu nieznanego aspiranta do kariery naukowej, w obronie którego nikt nie stanie, aby przywrócić poziom upartyjnienia, zachwiany wskutek przyjęcia do pracy kogoś, o kim z góry było wiadomo, że do niej nie wstąpi? Ale w takim razie dlaczego to właśnie ja musiałem zapłacić upokorzeniem i sponiewieraniem za bezpieczeństwo akademickiego zatrudnienia mojego kolegi, który zresztą uczonym nie został?
Drugi fragment:
... w okresie stanu wojennego moi koledzy ze studiów, w tym pewien bardzo znany obecnie polityk, z kilkudziesięciogodzinnym opóźnieniem powiadomili mnie, że jeden z nich, pod presją szantażu, zdradził służbie bezpieczeństwa, że to ja rozpowszechniam maszynopisy z tłumaczonymi przez siebie tekstami z prasy zachodniej. Mój kolega doniósł na mnie, lecz nie powiadomił mnie o tym. Powiadomił za to innych moich kolegów, którzy jednak nie dali mi żadnego znaku o niebezpieczeństwie, choć mieli po temu okazję i choć doskonale wiedzieli, że mój pokój w akademiku był wtedy pełen bibuły, którą w panice musiałem ukrywać, by ocalić zarówno bibułę, jak i siebie samego.
I ostatni taki cytat:
... wziąłem udział w pierwszych wrocławskich zamieszkach na placu Pereca w proteście przeciwko stanowi wojennemu, o pół włosa unikając wystrzelonego przez ZOMO pocisku z gazem łzawiącym, podczas gdy wszyscy moi niepodległościowi koledzy siedzieli bezpiecznie w nieodległym akademiku, czekając na rezultat tych starć. Zgodnie z polską inteligencką tradycją debatowali, czy przyłączyć się do demonstracji robotników, czy może nie. Zapłakany od gazu wróciłem późną nocą na koniec tej nierozstrzygniętej naturalnie debaty, w której rej wodziła osoba także będąca obecnie bardzo ważnym politykiem, choć powody jego ważności są mi równie mało znane, jak w przypadku innych, mniej lub bardziej znanych polityków, moich dawnych kolegów. (...) [Innym razem] nachalnie namawiano mnie, bym się zapisał do Niezależnego Zrzeszenia Studentów, stosując moralny szantaż, że jeżeli tego nie zrobię, to znaczyć to będzie, że jestem agentem SB. Takie bolszewickie dictum bardzo ułatwiło mi podjęcie decyzji: nigdy nie zostałem członkiem Zrzeszenia, choć dla niego pracowałem.
Czuć rozgoryczenie prof. Chmielewskiego opozycją antykomunistyczną z lat 80. Może właśnie dlatego wiele lat później związał się on z SLD. Jako kandydat tej partii wystartował nawet w wyborach na prezydenta Wrocławia w 2002 r. Lecz nieoczekiwanie wycofał się w połowie kampanii (jego miejsce zajęła Lidia Geringer d'Oedenberg, która ostatecznie przegrała z popieranym przez PO i PiS Rafałem Dutkiewiczem).

Znam i szanuję prof. Chmielewskiego. Ale jego wściekłego ataku na IPN i na lustrację w ogóle nie rozumiem. Jeszcze mniej zrozumiałe są dla mnie jego zagadkowe aluzje do owych "znanych obecnie polityków". Czemu służą? Co prof. Chmielewski chce dać do zrozumienia? I komu?

Co o tym sądzicie?

24.5.07

Grzegorz Braun cieszy się, że prof. Jan Miodek wytoczył mu proces. Kto wygra tę sprawę?

Od czwartkowego popołudnia media trąbią, że prof. Jan Miodek wytoczył proces Grzegorzowi Braunowi. Nic dziwnego. Wszak Braun od miesiąca powtarza, iż prof. Miodek był agentem policji politycznej PRL.

Jednak w tych czwartkowych relacjach albo w ogóle nie ma wypowiedzi samego Brauna (patrz: "Gazeta Wyborcza"), albo są one zdawkowe (TVP 3 Wrocław). Nadrabiam tę zaległość w Pardonie. Grzegorz Braun mówi mi tam o procesie wytoczonym mu przez prof. Miodka m.in. tak:
Lepiej późno niż wcale. Sąd jest z całą pewnością stosownym miejscem, żeby publicznie rozstrzygać o sprawach publicznych
Braun powtarza też, że jego teza o współpracy prof. Miodka z SB jest prawdziwa. I po raz kolejny atakuje tego znanego językoznawcę:
Zastanawiam się jak daleko można zabrnąć idąc w zaparte. Jak daleko można posunąć się w swojej autokompromitacji. Jak szerokie grono osób można w tę autokompromitację wciągnąć - bo nie chodzi już tylko o prof. Miodka, ale o coraz szerszy krąg dżentelmenów angażowanych do dyskutowania o faktach. A przecież o faktach dżentelmeni nie dyskutują.
Przypomnę, że sam prof. Miodek stanowczo zaprzecza, by kiedykolwiek współpracował z SB.

Jak myślicie - kto wygra tę sprawę?

P.S. (z 25.05.): Ważny i ciekawy niuans. W "Gazecie Wyborczej" mówią, że brak wypowiedzi Grzegorza Brauna to efekt jego własnej decyzji, bo on sam nie chce z "GW" rozmawiać. W sprawie procesu wytoczonego przez prof. Miodka zadzwonili do Brauna - odmówił komentarza. Zresztą nie po raz pierwszy.

29.10.08

Grzegorz Braun ostatecznie przegrywa z Janem Miodkiem

O tej sprawie piszemy od ponad roku. W kwietniu ubiegłego roku znany publicysta Grzegorz Braun (czytaj rozmowę Łukasza z dziennikarzem) powiedział o profesorze Janie Miodku, że był on informatorem policji politycznej PRL.

Językoznawca wytoczył proces dziennikarzowi. W lipcu tego roku Sąd Okręgowy we Wrocławiu nakazał Braunowi przeprosić Jana Miodka i wpłacić 20 tysięcy złotych na cele społeczne (czytaj więcej tutaj). Dzisiaj odwołaniem dziennikarza zajął się Sąd Apelacyjny we Wrocławiu. Wyrok był niekorzystny dla Grzegorza Brauna, który już zapowiedział złożenie kasacji do Sądu Najwyższego. Ten jednak może uchylić orzeczenie tylko wtedy gdy uzna, że podczas procesów popełniono błędy proceduralne. Grzegorz Braun był zaskoczony , że dzisiejszy proces odwoławczy był tak szybki, a wyrok został ogłoszony błyskawicznie.

Grzegorz Braun ma jeszcze na głowie proces cywilny z Lechem Wałęsą i karny ws. awantury z policjantami podczas manifestacji NOP i ONR we Wrocławiu (więcej czytaj tutaj).

Etykiety: , , , , , ,

23.9.07

Grzegorz Braun kandydatem UPR do Senatu

Niezależny publicysta, który posądził Jana Miodka o współpracę ze służbami bezpieczeństwa PRL kandydatem do Senatu. Dzisiaj UPR ujawniło swoją najbardziej skrywaną tajemnicę podczas konwencji wyborczej we Wrocławiu.

Grzegorz Braun w kwietniu oskarżył profesora Miodka i zamilkł. Stwierdził jedynie, że obciążające językoznawcę materiały pochodzą z IPN. Miodek pozwał Brauna do sądu i 4 października ma się rozpocząć proces! Pisaliśmy o tym na 5W.

Szkoda, że nie potwierdziły się plotki, że w wyborach ma wystartować profesor Miodek. Byłaby to zaprawdę arcyciekawa kampania.

Uzupełnienie od Łukasza:
Grzegorz Braun - chcąc, nie chcąc - wyrobił sobie we Wrocławiu markę człowieka, który ujawnia nazwiska dawnych agentów SB. Zwłaszcza tych działających w środowiskach artystycznych i naukowych. Sam o sobie powiedział zresztą: "Jestem posłańcem złej nowiny". Taki jest zresztą tytuł wywiadu, jaki przeprowadziłem z Grzegorzem Braunem wiosną tego roku dla Pardonu.

Piąta Władza rozmawiała z Braunem w czerwcu 2006 r., przy okazji jego głośnego dokumentu o rzekomej agenturalnej przeszłości Lecha Wałęsy ("Plusy dodatnie, plusy ujemne").

3.10.08

Oskarżony Grzegorz Braun: to mnie poturbowała policja

O Grzegorzu Braunie pisaliśmy już na 5W wiele razy, głównie o sprawie oskarżenia profesora Jana Miodka o „bycie informatorem tajnej policji politycznej PRL”. Teraz autor filmów m.in. o Lechu Wałęsie sam został oskarżony.

O tej sprawie pisałem już na postawie informacji z policji i prokuratury. Według tych instytucji publicysta miał poturbować kilku policjantów i utrudniać im interwencję w trakcie demonstracji nacjonalistów z NOP i ONR. Teraz czas oddać głos Grzegorzowi Braunowi, który dzisiaj otrzymał akt oskarżenia w tej sprawie: „W kwietniu tego roku przypatrywałem się tłumieniu demonstracji politycznej przez władze i siły policyjne miasta Wrocławia. Przy okazji zostałem poturbowany przez policję, wyłamano mi ręce, palce, wylądowałem na komisariacie policji”. Tam po pewnym czasie Grzegorzowi Braunowi zaproponowano przesłuchanie w charakterze świadka. „Zapytałem wtedy – od kiedy świadków sprowadza się po rzuceniu na ziemię i wyłamaniu palców, ale złożyłem jednak to zeznanie i zrelacjonowałem sytuację” - opisuje publicysta. Po tygodniu jednak dziennikarz wysłał relację swojemu adwokatowi, a ten złożył skargę na policję. Prokuratura jednak prowadziła już swoje śledztwo i we wrześniu oskarżyła publicystę. „Oskarżono mnie o to, że poturbowałem kilku policjantów i usiłowałem ich nakłonić do zaniechania czynności służbowych. Sprawa byłaby tylko śmieszna, no bo w gruncie rzeczy powinienem być dumny z tego, że ktoś przedstawia mnie jako takiego człowieka, który jest na tyle energiczny i nielękliwy, że bije się z pół tuzinem policjantów, więc byłoby to śmieszne gdyby nie to, że policja i prokuratura najwyraźniej dążą do tego by posadzić mnie w więzieniu” - komentuje Grzegorz Braun. Teraz grozi mu do 5 lat więzienia. Dzisiaj nie udało mi się uzyskać komentarza policji i prokuratury. Jednak całe zdarzenie widział Marcin Rybak z Gazety Wrocławskiej. Przyznaje, że interwencja policji była nadgorliwa, nieadekwatna do sytuacji. Trudno teraz oceniać całą sytuację, poczekać musimy więc do wyroku sądu.

Grzegorz Braun złożył też apelację od wyroku w procesie cywilnym z Janem Miodkiem. Publicysta musi przeprosić językoznawcę i wpłacić pewną kwotę na cele społeczne. Sprawa zostanie rozpatrzona przez Sąd Apelacyjny we Wrocławiu pod koniec października. A już za tydzień kolejna rozprawa w procesie Grzegorza Brauna z Lechem Wałęsą. Obaj domagają się od siebie przeprosin. Publicysta za sformułowania, które padły w książce byłego prezydenta, a ten za film „Plusy dodatnie, plusy ujemne” o TW Bolku. Na rozprawie ma zostać wyświetlony film wrocławskiego reżysera.

Etykiety: , , , , , , , , ,

3.7.08

Jan Miodek wygrywa w sądzie z Grzegorzem Braunem

Jan Miodek wygrał proces cywilny z Grzegorzem Braunem. Wrocławski publicysta (autor filmów m.in. o Lechu Wałęsie) nie udowodnił, że słynny językoznawca rzeczywiście był tajnym informatorem politycznym PRL. Dziś taki wyrok ogłosił wrocławski sąd okręgowy.

Grzegorz Braun musi zapłacić 20 tysięcy złotych na cele społeczne i przeprosić profesora. Sędzia Sławomir Urbaniak w uzasadnieniu mówił m.in., że w IPN nie znaleziono żadnych dowodów obciążających Jana Miodka. Sam profesor nie chciał komentować wyroku: -Nie będzie komentarza. - To że został umieszczony na liście tajnych współpracowników o niczym nie świadczy – skomentował jego pełnomocnik mecenas Henryk Rossa.

Sam Grzegorz Braun był o wiele bardziej rozmowny. Zapowiedział już apelację. Powtórzył, że Jan Miodek był informatorem policji PRL i tajnym współpracownikiem o pseudonimie „Jam”. Zaznaczył, że nie zamierza nikogo przepraszać. Ujawnił, że złożył dzisiaj w prokuraturze doniesienie o przestępstwie przeciwko byłemu funkcjonariuszowi SB, który miał usunąć z archiwów teczki TW Jama.

Cała sprawa zaczęła się ponad rok temu kiedy Grzegorz Braun powiedział, że Miodek to tajny współpracownik policji PRL. 5 Władza pisała o tym szeroko (teksty na ten temat możecie znaleźć tutaj).

Proces Grzegorzowi Braunowi chce wytoczyć też były prezydent Lech Wałęsa za film „TW Bolek”, który kilka tygodni temu wyemitowała TVP. Padają jakieś absurdalne kwoty rzędu dwóch milionów złotych.

Nagrania z dzisiejszego wyroku możecie obejrzeć tutaj.

22.5.07

"Gazeta Wyborcza" ogłasza koniec sprawy prof. Jana Miodka. Czy słusznie?

"Brak dowodów współpracy prof. Miodka z SB" - cieszy się Beata Maciejewska w "Gazecie Wyborczej Wrocław", choć w jej własnym tekście jest i taki oto akapit:
W niedzielę TVN 24 poinformował, że we wrocławskim IPN odnaleziono dokumenty na temat prof. Miodka. Wynika z nich, że SB zarejestrowało go jako TW w 1979 r., a wyrejestrowało 11 lat później. Nie zachowały się żadne notatki ani podpisy. Zdaniem historyka z wrocławskiego IPN, którego cytuje stacja "z punktu widzenia SB doszło do jakiejś współpracy".
Znalezione w IPN materiały nie przekonały komisji historycznej Uniwersytetu Wrocławskiego - i to ona uznała, że nie ma podstaw, by stwierdzić, iż prof. Jan Miodek był agentem Służby Bezpieczeństwa.

Przypomnę, że agenturalną przeszłość wytknął publicznie prof. Miodkowi znany wrocławski dokumentalista Grzegorz Braun. Nie przedstawił jednak dowodów na potwierdzenie swojej sensacyjnej tezy. Prof. Miodek mocno zaprzeczył, by kiedykolwiek współpracował z SB.

Do napisania tego tekstu skłonił mnie wpis Piotra Matejczyka w serwisie Dolnyslask24.info. Matejczyk staje po stronie prof. Miodka. Uważa, że cała ta sprawa może oznaczać "koniec Grzegorza Brauna". Pisze:
Braunowi najwyraźniej misja wymknęła się spod kontroli. Chciał zostać wrocławskim Wildsteinem, został – by zacytować Leszka Budrewicza – „Jerzym Urbanem polskiej prawicy”. Jeśli coś może dziś uratować resztki autorytetu wrocławskiego dokumentalisty, to tylko dowody znacznie poważniejszych uwikłań Miodka niż te, o których dziś wiemy. A na taki rozwój wypadków po dzisiejszym dniu raczej się nie zanosi.
Pozwoliłem sobie napisać komentarz pod tekstem Matejczyka. Przytaczam go w całości:
W sprawie prof. Miodka poruszamy się w gąszczu interpretacji. Bo faktów, niestety, mamy wciąż za mało.

Sytuacja jest taka: a) prof. Miodek przyznał, iż podpisał jakiś mało istotny protokół, ale nie współpracował, a wręcz był nękany przez SB. "Nigdy nie podpisałem dokumentu o współpracy" - oświadczył publicznie; b) w IPN znajdują się jakieś zupełnie szczątkowe materiały, które mogą (acz chyba nie muszą) świadczyć o tym, iż prof. Miodek był TW.

Ten zestaw danych można zinterpretować dwojako: 1. Prof. Miodek nie był TW, choć być może esbekom zamarzyło się, że go zwerbują; 2. Prof. Miodek był TW - tyle że wciąż nie udało się dotrzeć do twardych dowodów potwierdzających tę tezę.

(Dygresja: a może prof. Miodek formalnie został zarejestrowany jako TW, ale de facto nic złego nie zrobił? W taki właśnie sposób "Newsweek" interpretuje teraz agenturalną przeszłość Ryszarda Kapuścińskiego).

Grzegorz Braun twardo powtarza, że prof. Miodek był TW. Zatem albo przyjmuje interpretację nr 2 za bezsporny fakt (i trochę nami manipuluje "sprzedając" interpretację poszlak jako fakt dowiedziony), albo wie coś więcej, tyle że z jakiegoś powodu nie chce ujawnić, co tak naprawdę wie.

A czy Grzegorz Braun jest wiarygodny? Odnoszę wrażenie, że w swoich lustracyjnych szarżach do tej pory ani razu się nie pomylił (chyba że coś przeoczyłem). Ten drobny szczegół sprawia, że - w moim przekonaniu - warto jeszcze trochę zaczekać z odtrąbianiem końca tej przykrej historii.
Żeby było jasne: nie chcę powiedzieć, że uważam prof. Miodka za agenta. Wręcz sądzę, że jego własne słowa są w tej chwili najmocniejszym dowodem w całej sprawie.

Tyle że nieformalny, medialny proces lustracyjny prof. Jana Miodka wciąż trwa. Zwróćmy uwagę, że w sprawie prof. Miodka tak naprawdę wciąż jeszcze nie wypowiedział się Instytut Pamięci Narodowej.

14.9.07

Sąd wyjaśni kto miał rację - Miodek czy Braun

Nie ma już wątpliwości. Grzegorz Braun nie skorzystał z możliwości zawarcia ugody i wrocławski sąd wyznaczył termin procesu, Jan Miodek kontra publicysta.

Sprawa była bardzo głośna w maju. Niezależny publicysta stwierdził w dyskusji w Polskim Radiu Wrocław, że językoznawca był informatorem policji politycznej w czasie PRL-u. Pisaliśmy wiele na ten temat na 5W, a Łukasz przeprowadził dla Pardonu wywiad z Grzegorzem Braunem.

Pierwszy pozew dotyczący wpłacenia 100 tysięcy złotych na konto Fundacji na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową oraz złożenia oświadczenia w radiu, czterech gazetach i telewizji o charakterze ogólnopolskim przez Grzegorza Brauna wpłynął do sądu 24 maja. Później pozew został zmniejszony do 50 tysięcy oraz przeprosin za wypowiedzi. Grzegorz Braun chce oddalenia pozwu. Twierdzi, że w aktach IPN znajdowały się materiały dotyczące Miodka, które zaginęły. Wnosi o przesłuchanie świadków z IPN we Wrocławiu i Warszawie. Chce też kwerendy na znalezienie materiałów dotyczących prof. Miodka w IPN. Proces rozpocznie się 4 października.

28.5.07

Dolnośląski bloger lustruje naukowca, dziekana na Uniwersytecie Wrocławskim

No i mamy kolejny akt spontanicznej lustracji po wrocławsku. Bloger MeeHau sugeruje w serwisie Dolnyslask24.info, że agentem SB mógł być prof. Andrzej Czajowski, do niedawna dziekan Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Wrocławskiego.

Przeklejam post MeeHaua w całości:
Niecałe dwa tygodnie mija od czasu, gdy dziekan Wydziału Nauk Społecznych - Andrzej Czajowski - złożył na ręce rektora swoją dymisję. Bezpośrednią przyczyną tej decyzji było podejrzenie, że w teczce, którą jakiś czas temu znaleziono w IPNie, mogą być informacje w świetle których, agent o pseudonimie Meduza donosił na Włodzimierza Suleję - obecnego dyrektora wrocławskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej.

Jak sam zainteresowany stwierdził gorzko: "Jak kraść - to miliony, jak kochać - to księżniczkę, jak donosić - to na szefa IPNu".

Cała sprawa wypłynęła w styczniu podczas rozmowy na temat pracy habilitacyjnej jednego z pracowników Wydziału Nauk Społecznych. Wtedy to Włodzimierz Suleja miał stwierdzić, że jest na WNS osoba, która była kiedyś zarejestrowana jako Meduza.

Prof dr hab. Andrzej Czajowski stanowczo jednak twierdzi, że nie donosił na profesora Suleję, w owym czasie przyporządkowanego przez peerelowskie władze do tak zwanej opozycji antysystemowej, z którą rozmów się nie podejmowało. Panowie mieli znać się bardzo słabo, więc wszelkie informacje w teczce mają pochodzić z innych źródeł.
Nie wiem czy MeeHau trafia dobrze czy tylko pomawia. Czekam na twarde dowody. Ale pozwolę sobie na krótki komentarz.

Niestety, nazwisko prof. Czajowskiego jest jednym z wielu, jakie przewijają się w kawiarniano-piwnych rozmowach o domniemanej dawnej agenturze SB we Wrocławiu. Bólem tego miasta jest niemal całkowity brak normalnych, odważnych publikacji medialnych o dawnych agentach działających w różnych prominentnych środowiskach. Próbuje to zmienić Polskie Radio Wrocław, które bada archiwa wrocławskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej. Swoją indywidualną akcję lustracyjną prowadzi Grzegorz Braun, który jest zresztą odsądzany za to od czci i wiary przez wrocławskie elity. Poza tym cisza. Oczywiście, nie liczę modnych ostatnio ataków na IPN i lustrację jako taką.

Dlatego uważam, że w tej niedobrej atmosferze, takie karkołomne, kontrowersyjne gesty, na jakie pozwala sobie Grzegorz Braun czy (jednorazowo) bloger MeeHau przynoszą więcej dobrego niż złego. Dlaczego? Bo przyspieszają przeczesywanie i ogłaszanie informacji zawartych w archiwach IPN. Jest to sposób mało elegancki, ale skuteczny. Gdy się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma. Z braku normalnej pracy dziennikarskiej, sprawy biorą w swoje ręce radykałowie.

Nie zmienia to jednak faktu, że oskarżenie prof. Czajowskiego - podobnie jak oskarżenie rzucone przez Grzegorza Brauna pod adresem prof. Jana Miodka - powinno zostać podparte dowodami. Sprawę prof. Miodka rozstrzygnie sąd. I dobrze. Czy tak będzie również w przypadku prof. Czajowskiego?

Co o tym sądzicie?

27.9.07

Brakujące głosy Grzegorza Brauna

Grzegorz Braun nie wystartuje w wyborach do Senatu. Komisja Wyborcza we Wrocławiu tuż przed północą zakwestionowała kilkaset głosów z list poparcia.

Kontrowersyjnemu publicyście i reżyserowi (o jego planach kandydowania pisałem kilka dni temu na 5W) zabrakło 184 głosów - podało Polskie Radio Wrocław.
No cóż Grzegorz Braun - Posłaniec Złej Nowiny (jak sam siebie nazywał w wywiadzie dla Pardonu udzielonym Łukaszowi) - będzie miał więcej czasu na przygotowanie się do procesu z Janem Miodkiem, którego w kwietniu nazywał informatorem policji politycznej PRL-u. Sprawa juz tuż, tuż... 4 paździenika.

18.6.08

Film Brauna o "TW Bolku" w TVP

Na kilka dni przed wydaniem książki IPN o Lechu Wałęsie TVP emituje film wrocławskiego dziennikarza „TW Bolek”. Były prezydent i legendarny przywódca Solidarności, laureat pokojowego Nobla zapowiada, że jeżeli film pojawi się na antenie telewizji publicznej to zażąda 20 milionów złotych odszkodowania. O tym, że Grzegorz Braun (zasłynął oskarżeniem Jana Miodka o bycie informatorem tajnej policji PRL-u. Toczy się proces w tej sprawie, jutro kolejna, jedna z ostatnich rozpraw - przeczytajcie tu wywiad Łukasza z Braunem)) szykuje nowy film o Wałęsie (wcześniej przygotował film Plusy dodatnie, plusy ujemne – możecie go zobaczyć tutaj) pisałem już w kwietniu. Także wówczas pisałem o tym, że historycy IPN szykują książkę o rzekomych powiązaniach Lecha Wałęsy z SB.

„Składał doniesienia, które stanowiły materiał załączany do akt sprawy „Jesień'70” (dotyczyła ona uczestników Wydarzeń Grudniowych), donosił na swoich kolegów z pracy i współpracowników z Komitetu Strajkowego. Zachowały się jednak doniesienia na kilku stoczniowców. Lech Wałęsa pobierał za swoje donosy wynagrodzenie (łącznie wg SB kilkanaście tysięcy złotych)” - mówi mi wówczas Grzegorz Braun.

Dzisiaj o 22.10 zobaczymy w TVP 1 film Brauna. Mam nadzieję, że poprzedzony rzetelną dyskusją historyków na temat Lecha Wałęsy i czasów kiedy działał on w opozycji.

22.6.06

Lech Wałęsa: Nie negocjowałem z bezpieką!

Coraz głośniej o odnalezionym niedawno w zasobach IPN sensacyjnym stenogramie rozmowy, jaką w 1982 r. przeprowadzili z Lechem Wałęsą dwaj pułkownicy PRL-owskich służb specjalnych. Dziś fragmenty stenogramu cytuje "Ozon", obszerne fragmenty drukuje też najnowszy numer tygodnika "Głos".
Istnienie dokumentu ujawnił wcześniej w wywiadzie dla Piątej Władzy wrocławski dokumentalista Grzegorz Braun, reżyser filmu o domniemanej agenturalnej przeszłości byłego prezydenta. Braun chce zrealizować widowisko telewizyjne na kanwie owego stenogramu.
Notabene, w ostatnich dniach nasz wywiad z Braunem zaczął żyć swoim własnym, sieciowym życiem. Przedrukowały go m.in. portal Prawica.net i popularny blog Adama Haribu.
W "Ozonie" na temat stenogramu wypowiada się sam Lech Wałęsa. Twierdzi, że dokument miesza jego prawdziwe wypowiedzi z fałszywymi. Ostro zwraca się też do prowadzającej z nim wywiad Anity Gargas: "Mam nadzieję, że nie spotkamy się w sądzie. Ostrzegam panią, ostrożnie, bo część materiałów to fałszywki". Co innego uważają historycy IPN - Jan Żaryn i Grzegorz Majchrzak. Ich zdaniem, stenogram to wiarygodny zapis rozmowy sprzed 24 lat.
Już wcześniej "Życie Warszawy" pisało, że Wałęsa chce ścigać sądownie Grzegorza Brauna. Taką decyzję podjął, gdy dowiedział się, że film Brauna - mimo zakazu emisji w TVP - krąży w internecie.

O stenogramie - za "Ozonem" - pisze też dzisiaj Onet.pl. Awantura wisi w powietrzu.

Zastanawiamy się, czy Lech Wałęsa rzeczywiście ma zamiar walczyć w sądzie z dziennikarzami, którzy będą ujawniać kolejne dokumenty odnajdywane w archiwach instytutu Pamięci Narodowej.

19.6.06

Czy w 1982 r. Lech Wałęsa negocjował ze służbami specjalnymi PRL?

- Przyznaję, że jeśli miałem jeszcze jakieś złudzenia w sprawie Lecha Wałęsy, to dokument sprzed 25 lat rozwiewa je - przekonuje w wywiadzie dla "Piątej Władzy" Grzegorz Braun, reżyser zakazanego filmu o byłym prezydencie.
O głośnym reportażu Brauna "Plusy dodatnie, plusy ujemne" pisaliśmy kilkakrotnie. Ostatni raz 9 czerwca, gdy informowaliśmy, że dokument krąży w internecie, bo Telewizja Polska odmówiła jego emisji.
W tym czasie zmieniły się władze TVP. Prezesem Telewizji został Bronisław Wildstein, gorący zwolennik lustracji. Z naszych nieoficjalnych informacji wynika, że właśnie zapadła wstępna decyzja o emisji "Plusów..." w TVP.
Ale i to nie jest pewne, zważywszy niedawną zapowiedź możliwej dymisji Wildsteina.
Poniżej publikujemy wywiad, jakiego udzielił nam Grzegorz Braun. To, co mówi jest ostre i kontrowersyjne. Czasem bolesne dla niektórych osób, o których wspomina. Momentami - zwłaszcza w pierwszej części - sensacyjne. Zdecydowaliśmy się na tę publikację, bo uważamy, że sprawa "Plusów..." to jeden z najdziwniejszych, ale i najciekawszych przypadków w polskich mediach w tym roku. Rozmowa jest autoryzowana.

"Piąta Władza": - Wciąż głośno o Pana reportażu „Plusy dodatnie, plusy ujemne”. Tymczasem Pan już przygotowuje widowisko dokumentalne „Plusy dodatnie, plusy ujemne – 2”. Co to będzie?
Grzegorz Braun: - Podtytuł roboczy: „Ja jako Wałęsa i ja jako przekaźnik” – scenariusz powstał w oparciu o zapis rozmowy, jaką 14 listopada 1982 r. przeprowadzili ze zwalnianym z internowania Lechem Wałęsą dwaj pułkownicy. Jeden z Naczelnej Prokuratury Wojskowej, drugi - z centrali MSW. Formalnie jest to rozmowa „uświadamiająca”, czy „ostrzegawcza” – funkcjonariusze mają zapoznać Wałęsę z prawami stanu wojennego i uzyskać podpis pod zobowiązaniem do przestrzegania tych praw. Wałęsa podpisu nie składa, bo, jak tłumaczy, „już od czterech lat” niczego nie podpisuje. Spotkanie przeradza się w coś w rodzaju zawoalowanych negocjacji politycznych. Wyłania się obraz radykalnie różny od naszych dotychczasowych wyobrażeń o walce Lecha Wałęsy z systemem komunistycznym. Przyznaję, że jeśli miałem jeszcze jakieś złudzenia w sprawie Lecha Wałęsy, to ten dialog sprzed 25 lat rozwiewa je.

Skąd pochodzi stenogram? To dokument dotąd nieznany.

- Odnalazł się bodaj w dwóch kopiach w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej. Ma zostać niebawem opublikowany w naukowym opracowaniu historyków IPN: Sławomira Cenckiewicza i Grzegorza Majchrzaka. Własną publikację przygotowuje też pismo „Głos” Antoniego Macierewicza. Ja dostrzegam w tym historycznym dokumencie walory literackie – w unikalnym, pełnym inwencji języku samego Wałęsy i w podszytej aluzyjnymi pogróżkami nowo-mowie funkcjonariuszy. Ale także walory dramaturgiczne, filmowe. To świetna sytuacja – i trzy pełnokrwiste postaci ekranowe. Dlatego chcę zrealizować na tej podstawie widowisko – „teatr faktu”. Zobaczymy, czy wstępne żywe zainteresowanie projektem jednej z redakcji Telewizji Polskiej przetrwa próbę czasu.

Jaki jest obecny status dokumentu „Plusy dodatnie, plusy ujemne”? W marcu Telewizja Polska odmówiła jego emisji. Od niedawna film krąży w internecie.

- Nie tyle „odmówiła”, ile raczej: „zaniemówiła” – od Wielkanocy nie otrzymałem żadnej formalnej odpowiedzi TVP na pytanie o „Plusy”. A tymczasem z publikacji m.in. na Waszej stronie dowiaduję się, że internauci jak zwykle znaleźli szybki sposób, by dotrzeć do tego, co ich interesuje. Cóż, płyty z „Plusami…” leżą w TVP od lutego.

Z tego wniosek, że film jest niczyj. I krąży po internecie w pełni legalnie. Można go sobie kopiować.
- Jestem legalistą, więc nie przytakuję - ani „niczyj”, ani „legalnie”... Ale jestem przecież mile zaskoczony, zaszczycony zainteresowaniem internautów – i nie tylko internautów – moim skromnym reportażem. Choć najbardziej cieszyłbym się, gdyby „Plusy” wyemitowała telewizja o możliwie szerokim zasięgu „rażenia”. Po to, by fakty, o których mówię, mogły dotrzeć do możliwie najszerszego kręgu odbiorców. Bo to są fakty, które wpłynęły na życie wszystkich Polaków - nie tylko szczęśliwych posiadaczy stałego łącza.

Ma Pan jakieś sygnały na temat tego filmu z TVP? Zwłaszcza od czasu, gdy zmieniły się władze Telewizji?

- W tych dniach za pośrednictwem TVP we Wrocławiu przekazano nam ekspertyzę prawną sporządzoną na zamówienie TVP przez panią prof. Ewę Nowińską, która orzeka, iż „emisja filmu doprowadzi do naruszenia dóbr osobistych Lecha Wałęsy”. A to m.in. dlatego, zdaniem pani profesor, że w „Plusach” wypowiadają się „osoby skonfliktowane z Lechem Wałęsą”, a „jeśli nawet znalazła się w tym materiale wypowiedź Lecha Wałęsy, to wobec jego zdenerwowania nie jest ona wartościową wypowiedzią drugiej strony”. To są cytaty, przypomnę, z „ekspertyzy prawnej” – nie z „Misia 2”. Notabene pani Nowińska jest istotnie wykształconym w PRL prawnikiem i szefową instytutu dziennikarstwa w szacownym Uniwersytecie Jagiellońskim.

A może film dałoby się sprzedać komuś innemu? Choćby którejś ze stacji komercyjnych?

- Żeby to było możliwe, musiałby się wyjaśnić status prawny „Plusów”. TVP po prostu milczy i jak dotąd nie nabyła „Plusów…” od producenta – mojego przyjaciela, Piotra Szymy. My sami nie możemy rozpowszechniać „Plusów…”, bo nie mamy pełni praw producenckich i autorskich - choćby do wykorzystanych w filmie materiałów archiwalnych z zasobów TVP.

Zmieniłby Pan coś w swoim filmie?

- To nie jest film dokumentalny. „Plusy” są reportażem historycznym. Sprawa Lecha Wałęsy – tajnego współpracownika „Bolka” – jest tak ciekawa, że niewątpliwie zasługuje na duży, pełnowartościowy film dokumentalny. Żeby jednak taki film stworzyć, trzeba by dysponować środkami, które pozwoliłyby dotrzeć do dziesiątków, jeśli nie setek świadków historii. Także do materiałów archiwalnych, do których ja z moimi przyjaciółmi nie mogliśmy dotrzeć. Ja zaledwie dotknąłem tematu.

Czy były jakieś problemy z realizacją „Plusów…”?

- Można krótko powiedzieć: same problemy. Przezwyciężone tylko dzięki Piotrowi Szymie, który ponosi tego przedsięwzięcia konsekwencje najbardziej wymierne – finansowe. Muszę tu Także wspomnieć o Henryku Jureckim, który „Plusy” montował. Jego skupienie i zaangażowanie pomogły doprowadzić do końca całe przedsięwzięcie w momencie, kiedy ja straciłem pewność, że to się w ogóle złoży w całość.

Co się stało?

- To był moment, kiedy straciliśmy jednego ze świadków. W przeddzień umówionego wywiadu wycofał się i stanowczo poprosił, żebyśmy w żadnym wypadku nie przyjeżdżali i nie niepokoili go w miejscu, w którym mieszka.

Co to za świadek?

- Osoba, której nazwisko bodaj najczęściej pojawia się w donosach TW „Bolka”. Człowiek przez niego poszkodowany.

Przestraszył się?

- To człowiek, który był odważny wówczas, kiedy nie było łatwo – w roku 1970. Teraz po prostu nagle oznajmił, że pod żadnym pozorem nie może ze mną rozmawiać. Musieliśmy też wyeliminować – już ze wstępnie zmontowanego materiału –wypowiedzi historyka, który z przyczyn osobistych poprosił o niewykorzystywanie wywiadu, którego nam udzielił. Przytaczam te anegdoty, dlatego że one w wyrazisty sposób pokazują, jak żywa jest sprawa „Bolka”.

Czy TVP robiła problemy podczas tworzenia filmu?

- Odkąd istnieje Instytut Pamięci Narodowej proponowałem w różnych miejscach realizację cyklu dokumentalnego pod roboczym tytułem „Z archiwum IPN”. Wyobrażałem sobie, że mógłbym opowiedzieć wiele ciekawych historii, które wyjaśniają się dzięki dostępowi do akt zgromadzonych w Instytucie. Notabene podkreślałem, że to pomysł nie tylko dla mnie - cykl mogłoby realizować wielu innych kolegów reżyserów. Jednak przez kilka lat byłem zbywany. Bodaj w 2003 roku sympatyczny kolega „redaktor zamawiający” z TVP powiedział mi bardzo wyraźnie, otwartym tekstem: „To jest bardzo ciekawe, ale w telewizji nigdy nie będzie żadnych teczek”.

Cykl nigdy nie powstał.

- Niezupełnie. Dwa lata temu zrealizowałem na zlecenie wrocławskiego ośrodka TVP reportaż, o którym rozmawialiśmy z redaktorem zamawiającym, że mógłby być pilotem cyklu. Opowiadał o sprawie kpt. Pawłowskiego, który w latach 50., z wyroku komunistycznego sądu został zastrzelony we wrocławskim więzieniu przy ul. Kleczkowskiej i pogrzebany w kwaterze 81a na Cmentarzu Osobowickim we Wrocławiu. We współpracy z Krzysztofem Szwagrzykiem z Biura Edukacji Publicznej w IPN we Wrocławiu powstał reportaż o tym, jak udaje się odnaleźć i zidentyfikować szczątki człowieka zastrzelonego przed pół wiekiem. Materiał ma tytuł „Z archiwum IPN. Tajemnica pola 81a” i również nie był do tej pory emitowany przez TVP. Do dzisiaj leży na półce w ośrodku wrocławskim.

Ale TVP kupiła ten film?

- Tak.

Przeszedł taką samą procedurę, jak „Plusy…”? Była komisja, która dopuściła go do emisji?

- Mieliśmy bardzo przyjemną kolaudację we wrocławskiej TVP. Koledzy powiedzieli mi wiele ciepłych słów i oznajmili, że będą starali się, by ten materiał został wyemitowany na antenie ogólnopolskiej jako pilot cyklu „Z archiwum IPN”. Ale tak się nie stało.

Mamy więc już nie jednego, a dwóch „półkowników”.

- Owszem. W telewizji słyszałem: „Teraz tego nie emitujemy, bo może gdy powstaną następne odcinki, to pokażemy cały cykl”. Tymczasem zmienił się redaktor zamawiający we wrocławskim ośrodku TVP. Nowy redaktor Piotr Załuski, reżyser, dokumentalista, z ogromną sympatią potraktował moją propozycję i po raz kolejny zabrał cały projekt cyklu „Z archiwum IPN” do Warszawy. Okazało się, że możliwa jest jego realizacja – w nader skromnych warunkach budżetowych - w regionalnej TVP 3. Zostałem poproszony o przedstawienie kilku pierwszych tematów do cyklu. Wśród tych pierwszych nie mogło zabraknąć TW „Bolka”. Tematy zostały przyjęte z pewną rezerwą – TVP3 zażyczyła sobie obszerniejszych scenariuszy. Napisałem je. Latem 2005 r. dostałem informację, że możemy przystąpić do realizacji cyklu.

Zaakceptowała go Warszawa?

- Tak. Redakcja publicystyki TVP 3. Wkrótce potem, jeszcze latem zeszłego roku, zrobiliśmy zdjęcia i wywiady do jednego z tematów związanych z Wrocławiem…

Czyli jest jeszcze jeden film? Trzeci?

- Nie, bo nie powstał.

Dlaczego?

- Bo wtedy z kolei zamknął się przed nami IPN. Pełniący obowiązki prezesa Instytutu prof. Leon Kieres rozesłał do terenowych oddziałów IPN okólnik, który de facto zamknął dostęp do akt badaczom postronnym, takim jak ja. Żeby zaś dokończyć nasz film, musielibyśmy mieć dokumenty na temat sprawy, o której chcieliśmy opowiedzieć. Nie dostaliśmy ich. Muszę tu zaznaczyć, że w IPN już dawniej składałem wnioski badawcze, prośby o udostępnienie akt na różne interesujące mnie tematy. I udostępniano mi takie akta – w ośrodkach IPN we Wrocławiu, w Krakowie i w Warszawie. Ale to się raptownie skończyło latem 2005 r. Nim złożyłem pierwsze wnioski badawcze, najpierw złożyłem wniosek o udostępnienie akt, które mogłyby dotyczyć mnie samego - i jak dotąd żadnych materiałów nie otrzymałem. Wspominam o tym dlatego, że ten i ów pyta, skąd się właściwie wziąłem. Kim jestem w tej historii. Dlaczego tym się zajmuję, kto mnie nasłał i kto za mną stoi.

No więc kto za Panem stoi?

- Daję słowo, że czasem przydało by się bardzo, żeby ktokolwiek za mną stanął – ale, poza rodziną i przyjaciółmi, jakoś się nikt nie kwapi.

Mówi Pan, że prof. Kieres zamknął dostęp do akt IPN. A jednak w „Plusach…” widzimy akta dotyczące TW „Bolka”.

- Uwierzytelnione kopie dokumentów „Bolka” otrzymałem dzięki pomocy dobrych ludzi – mimo szlabanu opuszczonego w IPN przez Leona Kieresa.

I pojechaliście z tymi papierami do Lecha Wałęsy.

- O wywiad z nim zabiegałem przez dłuższy czas korespondencyjnie. Poinformowałem biuro Lecha Wałęsy, że przygotowuję materiał dokumentalny pod roboczym tytułem „Plusy dodatnie, plusy ujemne” o sprawie TW „Bolka”. W październiku zaprosiła mnie na wywiad do Gdańska pani Maria Wałęsówna, która zdaje się przejęła akurat wówczas rolę sekretarza Pana Prezydenta. Potwierdzenie zaproszenia dostałem faksem na firmowym papierze Biura Lecha Wałęsy: „Mam nadzieję, że wspólnym wysiłkiem uda nam się stworzyć materiał, który rzeczowo rozjaśni kontrowersje wokół tzn. [tak w oryginale] sprawy „Bolka”. Z poważaniem Lech Wałęsa”. Nie wiem, dlaczego Pan Prezydent umówił się ze mną, a skoro już to zrobił, to dlaczego wywiad potoczył się tak, jak to widać, słychać i czuć w naszym materiale. Przypuszczam, że gdy się umawiał, nie wiedział jeszcze, że otrzyma status pokrzywdzonego od Leona Kieresa.

Podczas wywiadu już wiedział?

- Gdy 15 listopada przyjechaliśmy do Gdańska na umówiony wywiad, w biurze Lecha Wałęsy dowiedzieliśmy się, że nazajutrz Pan Prezydent otrzyma status pokrzywdzonego. I że w związku z tym będzie konferencja prasowa z udziałem Lecha Wałęsy i Leona Kieresa, na którą jesteśmy zaproszeni.

Zbieg okoliczności?

- Z naszej strony – na pewno tak. Nie byłoby nas zwyczajnie stać na to, by pojechać jeszcze raz do Gdańska na konferencję prasową. Dla nas to była gratka, że jednego dnia mamy wywiad, a nazajutrz konferencję.

Z której zostaliście wyrzuceni.

- Na raty. Najpierw ja zostałem wyproszony - przez panią Ewelinę Wolańską, szefową Biura LW, która reprezentowała Lecha Wałęsę m.in. w procesie lustracyjnym. Następnie zostali wyrzuceni moi koledzy - przez funkcjonariuszy BOR. Wśród licznie zgromadzonych wówczas dziennikarzy nie znalazł się nikt, kogo zająłby fakt eliminowania jednej ekipy z „otwartej konferencji prasowej”.

Taki był efekt przeprowadzonego dzień wcześniej wywiadu z Wałęsą. To chyba najmocniejsza scena „Plusów…”. Pan daje Wałęsie dokumenty, a on drze je na strzępy. Widział je wcześniej?

- Nie. To jest, moich kopii wcześniej nie oglądał. Ale przecież w swoim czasie miał do czynienia z oryginałami, których część „zgubiła się” po tym, jak zażyczył sobie ich dostarczenia Pałac Prezydencki w pierwszej połowie l. 90.. Na szczęście zostały kopie.

Wałęsa drze je nie zaglądając do środka?

- Nie zaglądając. Jakoś nie był ciekaw. Ja jeszcze w rozmowach telefonicznych z panią Marią Wałęsówną podkreślałem, jak bardzo zależy mi na tym, by moja ekipa miała czas niezbędny na przygotowanie się do zdjęć. Wyjaśniałem, że zależy mi, by zdjęcia miały charakter filmowy, dokumentalny, a nie „niusowy”. Tak, by nie uchybić panu prezydentowi formą ujęć, gdyby realizacja była zbyt pospieszna. I choć obiecano mi cały kwadrans na ustawienie planu, już minutę po wejściu do biura moja ekipa stała się obiektem napastowania – inaczej nie da się tego określić – ze strony samego Pana Prezydenta.

W jaki sposób?

- Pan Prezydent w charakterystyczny dla siebie, gburowaty sposób dawał do zrozumienia, że zaraz będzie musiał wyjść, jeśli „ci ludzie” będą się dalej „tak grzebać”. Moi koledzy – operator Tomasz Ciesielski i Paweł Marcinów, dźwiękowiec – w ciągu trzech minut byli gotowi ze światłem, kamerami i mikrofonami. Ale wiedziałem już, że mój rozmówca nie poświęci mi wiele czasu. Że z jakiegoś powodu dąży do zerwania wywiadu. To było jeszcze przed włączeniem kamer.

No i stało się. Wywiad został zerwany.

- Dość szybko skonstatowałem, że nie będę mógł zadać wszystkich pytań, które sobie przygotowałem. Kiedy Lech Wałęsa z właściwą sobie uprzejmością spytał: „Czy pan ma jeszcze jakieś mądre pytania?” – zrozumiałem, że on mi po prostu za moment wstanie z fotela. Wówczas przeszedłem do sedna sprawy i poprosiłem prezydenta o skomentowanie kompromitujących go materiałów...

A Wałęsa je podarł… Jak dalej potoczyły się losy „Plusów…”?

- Zmontowaliśmy je i w lutym złożyliśmy w ośrodku TVP we Wrocławiu, który z kolei przesłał je do redakcji zamawiającej w Warszawie. W marcu była kolaudacja. W kwietniu, tuż przed Wielkanocą otrzymaliśmy „protokół posiedzenia komisji kolaudacyjnej” i natychmiast formalnie odpowiedzieliśmy nań.

Co Pan napisał w swojej odpowiedzi?

- Że wraz z moim producentem Piotrem Szymą nie mogę podpisać protokołu, ponieważ w sposób fałszywy i pokrętny prezentuje on przebieg kolaudacji.

Ale ośrodek wrocławski kolaudował wcześniej „Plusy…”?

- Formalnie – nie. Piotr Załuski obejrzał film i bardzo pochlebnie wyraził się na jego temat.

Ma Pan żal do TVP?

- Żal? Nie mam żalu do nikogo. Raczej politowanie. Wydaje mi się, że to jest pewien drobny fakt, który jakoś ogniskuje rzeczywistość artystyczno-polityczną, w jakiej żyjemy. Na przykładzie tej historii można lepiej zorientować się, jak to właściwie w Polsce jest.

Traktuje Pan swój reportaż jako początek jakiejś większej kwerendy historycznej…?

- Nie chcę się „specjalizować” w sprawie od Lecha Wałęsy. Nie chcę, żeby ta sprawa zdominowała moje życie twórcze. Ale scenariusz „Plusów 2” (widowiska pod roboczym tytułem: „Ja jako Wałęsa i ja jako przekaźnik”) już napisałem i złożyłem w TVP – więc nie chcę, żeby się zmarnował. Aktorzy czytają role.

Czy będzie Pan kontynuował cykl „Z archiwum IPN”?

- Proponowałem go rozmaitym „redaktorom zamawiającym” bodaj przez pięć lat. Dziś szczęśliwie zrobiło się więcej chętnych do zajmowania się takimi historiami. Więc nie mam wybujałego „poczucia wyjątkowości misji” ani „obowiązku”. Ale mam parę historii napoczętych, więc postaram się je dopowiedzieć. Jak będzie za co.

Jest Pan zwolennikiem lustracji?

- Jestem ogromnym zwolennikiem faktów. Mają dla mnie nieodparty urok. Uważam, że pisanie historii z pominięciem tak istotnych źródeł, jak np. te wytworzone przez tajne służby komunistyczne, byłoby warsztatowym błędem. Ale przede wszystkim jestem zwolennikiem wolności – np. wolności badań historycznych, twórczości artystycznej i wolności dostępu do informacji. Więc, ma się rozumieć, jestem zwolennikiem jawności życia publicznego i jawności biografii osób publicznych.

Z Grzegorzem Braunem rozmawiali
Łukasz Medeksza i Artur Chodziński.


Grzegorz Braun urodził się w 1967 r. Reżyser i scenarzysta. Autor m.in. kilkunastu filmów dokumentalnych. Wśród nich: „Droga do skrzyżowania” (o udziale Ludowego Wojska Polskiego w inwazji na Czechosłowację w 1968 r.), „Śmierć człowieka utalentowanego” (o sprawie Teodora Bujnickiego – poety, zastrzelonego w Wilnie w 1944 r. z wyroku sądu podziemnego za kolaborację z sowietami), „Wielka ucieczka cenzora” (o Tomaszu Strzyżewskim, który potajemnie skopiował i w 1977 r. ujawnił zbiór dokumentów znanych jako „Czarna księga cenzury PRL”).

10.5.07

Grzegorz Braun: "Jestem posłańcem złej nowiny"

Z wrocławskim dokumentalistą Grzegorzem Braunem "Piąta Władza" rozmawiała już w czerwcu zeszłego roku, przy okazji jego głośnego filmu "Plusy dodatnie, plusy ujemne" o domniemanej agenturalnej przeszłości Lecha Wałęsy.

Niedawno znów spotkałem się z Braunem, który przez ostatni rok zyskał sobie renomę wrocławskiego lustratora nr 1. To on ogłosił, że agentem SB był prof. Jan Miodek. To on jako pierwszy "rozpracował" hr. Wojciecha Dzieduszyckiego. To od niego wiem o agenturalnym epizodzie w biografii Henryka Tomaszewskiego, legendarnego twórcy Wrocławskiego Teatru Pantomimy.

Zrobiłem rozmowę z Grzegorzem Braunem. Publikuję ją w Pardonie.

"Jestem posłańcem złej nowiny" - mówi o sobie ten reżyser. Zaś na stwierdzenie, że wraz z jego działalnością do Wrocławia "dotarła fala lustracji" reaguje tak:
Otóż niniejszym ogłaszam, że nie ma żadnej „fali lustracji”. Jest stojąca woda, która porosła rzęsą i ma nieświeży zapach. Taka właśnie jest sytuacja we Wrocławiu – że nie użyję bardziej drastycznych porównań z innymi elementami instalacji kanalizacyjnych.
Barwna postać, barwne wypowiedzi. Polecam tę rozmowę.

Jestem ciekaw Waszych opinii o Grzegorzu Braunie.

23.4.07

Polskie Radio Wrocław zawiesza współpracę z Grzegorzem Braunem

Polskie Radio Wrocław wydało oświadczenie w sprawie profesora Jana Miodka. Całość można przeczytać na stronie www.prw.pl

Polskie Radio Wrocław jako jedyna stacja radiowa na Dolnym Śląsku jest platformą dyskusyjną o regionie i o mieście. Dyskutujemy i dyskutować będziemy o wszystkich, nawet tych najbardziej drażliwych sprawach. Zapraszamy i zapraszać będziemy osoby o różnych poglądach, nawet jeśli nie zgadza się z nimi część opinii publicznej.

W związku z tym, że Grzegorz Braun nie chce ujawnić na jakiej podstawie oskarżył prof. Jana Miodka, do czasu wyjaśnienia sprawy zawieszamy obecność publicysty na antenie Polskiego Radia Wrocław.

8.8.08

Budrewicz o "rowerze": odnawianie Chin

To, że Stowarzyszenie Młody Wrocław (chwała im za to) odnowił napis "Chiny-Wrocław" na wrocławskim placu Dominikańskim z roku 1989 to tylko wstęp. Napis ten nie został nigdy zamalowany i to wyróżnia Wrocław, gdzie obok Hongkongu jest drugi na świecie pomnik pamięci ofiar masakry na placu Tiananmen w Pekinie. Zmiażdżony rower rdzewieje, ludzie siadają na pomniku i tak ma być. To ma być żywe. Nawet jeśli po jego odbudowie przechodząca staruszka zapytała "a czy ten rowerzysta jest tu pochowany". Widziałem nawet jak kiedyś ktoś przypiął sobie na jakiś czas swój rower do tego "pomnikowego".

Pierwotny pomnik powstał spontanicznie na zakończenie namiotowego obozu protestu na ówczesnym placu Feliksa Dzierżyńskiego (była to wtedy łąka, podobne obozowiska powstały w całej Polsce). Uczestniczyli w nim głównie studenci, zwłaszcza związani z PPS, NZS,Pomarańczową Alternatywą. Masakra chińskich studentów w Pekinie miała miejsce tej samej nocy, kiedy w Polsce liczono głosy w druzgocąco wygranych przez "Solidarność" pierwszych wyborach.
Większość młodzieży obozującej wtedy w centrum Wrocławia źle przyjmowała ewolucyjną strategię "Solidarności". Na zakończenie obozu-protestu zostawiono wbity w beton rower. Jak te w Chinach. Ojców-Pomysłodawców dziś jest wielu, ale najbliższe prawdy jest, że byli nimi Grzegorz Braun, Joanna Czarnecka i Robert Jezierski "Robespierre". Inicjatywa wywołała entuzjazm, a przechodzący podchorążowie ze szkoły oficerskiej salutowali.

SB jeszcze działała i jednej z kolejnych nocy pomnik został zniszczony. Na jego miejscu 10 lat później stanęła replika przygotowana przez wrocławskiego plastyka Marka Stanielewicza.
Największą zasługę w jego wzniesieniu mają: Andrzej Łoś, Paweł Kocięba-Żabski i Krzysztof Jakubczak. Ale nie było z tym problemu, bo dla wszystkich - także wielu urzędników - sprawa ta stanowiła część "przeżycia pokoleniowego".
Szkoda natomiast, że nie przetrwał napis przy IX LO na dzisiejszym placu Dominikańskim. Kiedy w wyzwolonej z komunizmu, a jeszcze nie przyłączonej do Zachodu NRD ludność spaliła dom dla azylantów (były ofiary), ktoś napisał "Rostock pomścimy".
Ten napis też może trzeba odnowić.
Leszek Budrewicz

20.4.07

Profesor Miodek współpracował z policją polityczną PRL ?

Znany wrocławski językoznawca profesor Jan Miodek przyznał w rozmowie z Polskim Radiem Wrocław, że przed wyjazdem na zagraniczne stypendium był wzywany przez milicję, a po powrocie złożył sprawozdanie z dwuletniego pobytu i podpisał je. Dzisiaj rano dziennikarz Grzegorz Braun w Polskim Radiu Wrocław ujawnił, że nazwisko profesora Miodka jest wśród tajnych wspólpracowników policji politycznej w Polsce Ludowej.

Profesor Jan Miodek powiedział Polskiemu Radiu Wrocław, że spodziewał się takiego ataku, bo jest przeciwnikiem lustracji. Zapewnił, że ma czyste sumienie "Zaczyna się moje piekło" - dodał profresor Miodek.

14.7.08

Zarzuty dla znanego publicysty

W kwietniu pisałem o tym, że Grzegorza B. mogą czekać problemy z prawem. Chodziło o awanturę z policjantem podczas manifestacji nacjonalistycznej we Wrocławiu. Jeden z oburzonych czytelników - Wojtek napisał wówczas, że rozprawiam się z nielubianym dziennikarzem (dlaczego miałbym lubić lub nie lubić B. nie napisał):

"5wladza jak Radio Erewan:
Nie jeden kciuk tylko dwa.I nie Braun wybil, tylko Braunowi wybili.
Reszta mniej wiecej sie zgadza.
Natomiast mowiac jeszcze powazniej to jest to bardzo przykre, ze 5wladza zaczyna uzywac takich raczej odrazajacych metod do rozprawy z nielubianym dziennikarzem.
wojtek"

Ponieważ okazało się, że jednak zarzuty publicyście postawiono - śpieszę by Was o tym poinformować. Dwa zarzuty - użycia przemocy wobec policjanta i znieważenia go. Publicysta nie przyznaje się do zarzutów. Twierdzi, że to on został napadnięty przez policjantów. Jak było w rzeczywistości orzeknie zapewne sąd. Tradycjnie już w takich sytuacjach pojawia się wątpliwość czy używać pełnego nazwiska czy inicjału. Jednak przepisy są w tym wypadku jednoznaczne - osoba po zarzutach ma prawo do (ograniczonej) anonimowości. Dlatego piszę Grzegorz B. a nie ...